SKLEP MAXTV

LATEST NAJNOWSZE

POLECAM

FOLLOW MAX KOLONKO

DISCOVER AMERICA


THANKU.com

Smierć białej Ameryki?

By Max Kolonko | November 11, 2012

 publikacja Maxa Kolonko w ONET.pl


Jeden z ostatnich, drukowanych, numerów tygodnika Newsweek, przynosi na okładce prezydenta reelekta Baracka Obamę w mundurze Waszyngtona i nagłówkiem: Partia republikańska – jesteście biali, jesteście starzy, jesteście historią.

Po zwycięstwie Obamy w wyborach, Demokraci tryumfują. Republikanie, wraz z porażką Mitta Romneya, zastanawiają się, co ich trafiło. Były doradca Richarda Nixona, konserwatywny komentator polityczny, Pat Buchanan, zwierzał się w programie radiowym Gordona Liddy: Płakałem całymi godzinami. To jest nasz koniec. Wielki, biały naród nigdy nie przeżyje następnych czterech lat przywództwa Obamy.

Czy z reelekcją Baracka Obamy konserwatyzm w Ameryce umarł? Czy Ameryka, kraj stworzony przez białych Europejczykow, stała się narodami zjednoczonymi świata w której o wyborze prezydenta decydują narodowe mniejszości? Czy z reelekcją pierwszego czarnego prezydenta Ameryki, konserwatywne zasady chroniące tradycję judeochrzescijańską pielegnowaną przez pionierów ze starego kontynentu, przeżyły się? Czy Barack Obama w mundurze jednego z najsłynniejszych właścicieli niewolników kolonialnej Ameryki, rzeczywiście stał się grabarzem idei Lincolna?

Gdzie kowboje z tamtych lat?

Mundur Waszyngtona
Mundur Napoleona

Ameryka 2012 jest ciągle krajem centrowo-konserwatywnym. Według ankiety Rassmusena 38 % głosujacych we wtorkowych  wyborach prezydenckich uznało się za konserwatywnych, 28% za niezależnych, 31% za liberalnych. To, co sie zmienia, to demografia wyborcza Ameryki. W Kalifornii, Texasie i Nowym Meksyku, biali są już mniejszością.

Kurczy się biały elektorat, z 74% jeszcze 4 lata temu, do 71 % obecnie. Pokolenie baby boomers starzeje się, zastępowane przez płodne, młode i aktywne pokolenie Latynosów, które pierwszy raz w historii pokonało próg 10 % głosujących i które w 70 % poparło w wyborach Obamę, czyniąc z niego prezydenta drugiej kadencji.


Muppet z Chicago

Demokraci, bardziej niż republikanie, widzą zmieniający się kraj i wiedzą, jak to wykorzystać.

Partia demokratyczna w Ameryce zawsze była bardziej hip, niż jej republikańscy przeciwnicy. Na Kapitolu istniał konsensus, że aby zrobić karierę polityczną w partii republikańskiej, musiałeś mieć najpierw siwe włosy. Kiedy w wyborach prezydenckich 1996, republikanie wystawili weterana wojny Boba Dole’a, demokratów ponownie poprowadził do zwycięstwa baby boomer, Bill Clinton, sunący po coraz szerzej akceptowanej przez młodą Amerykę, koncepcji Trzeciej Drogi, łączacej wolnorynkowy kapitalizm z opieką socjalną państwa.

Kiedy 8 lat później republikanie ciągle czapkowali Georgowi Bushowi, demokraci wypchnęli na scenę młodziutkiego Baracka Obamę. Gdy przemawiał na konwencji partii demokratycznej w Bostonie w 2004 roku, widziałem, jak w oczach demokratów zgromadzonych na sali, zapaliły się lampy: wysunąć przed szereg mulata, człowieka spoza establishmentu, takiego grzecznego chłopczyka z dalekiego Chicago, który przyciągnie do nas mniejszości, a za którego sznurki pociągać będziemy my, starzy wyjadacze na Kapitolu.

Demokraci widzieli już w 2004 to, co lekceważyli jeszcze republikanie: wymieranie białej rasy w Ameryce i boom ludnościowy przybyszów z krajów trzeciego świata. Widzieli już wtedy łzy w oczach Patricka Buchanana i okładkę Newsweeka w 2012 z Obamą w stroju Waszyngtona pokazującego im mały palec.

Zwolennicy teorii spiskowych doszukaliby się pierwszego wątku liberalnej intrygi zmierzającej do obalenia tradycyjnej, białej Ameryki w jednym z najbardziej ciekawych w nowej historii tego kraju okresie: rewolucji kontrkulturowej lat 60. i prezydentury JFK.

JFK nie śnił o Marilyn Monroe

Od czasu swego powstania Ameryka ograniczała imigrację, by w czasach Kennedy’ego opaść na pułap 170 tys. imigrantów rocznie. W tym czasie w Ameryce, popularnym było dostawanie wizji we śnie. Martin Luther King miał swój I have a dream i JFK miał swój. Ameryka, która pojawiła mu się we śnie nie była homogeniczna w swej masie. Była kolorowa, jak tęcza. Z taką wizją przystąpił do stworzenia nowej Ustawy Imigracyjnej Harta-Cellera, która ujrzała światło dzienne w 1965 roku.

Tak,  jak dotąd 95 % imigrantów przybywało z Europy, teraz 95% imigrantów przybywało z krajów trzeciego świata.  Nie było to już 170 tysięcy rocznie, a niemal milion rocznie. Kennedy w swym śnie nie widział ani wiz dla Polaków, ani Marilyn Monroe. Musiał w nim za to zobaczyć ducha Baracka Obamy i olbrzymi blok wyborczy, który właśnie się formował, by pół wieku później dać demokratom przewagę wyborczą.  Ustawa Kennedyego,  jak mała Evelyn z filmu szpiegowskiego Salt, stała się tajną bronią demokratów, która zaczęła strzelać pół wieku później, tak, że dziś w Ameryce nie można wygrać wyborów do niczego, poza może szefem Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego, bez głosów narodowych mniejszości. Sen Kennedy’ego demokraci musieli teraz utrzymać, wstrzykując w żyły narodu nasenny środek: wielojęzykowe karty do głosowania.

영어아세요 – ¿Habla Inglés – Do you speak English?

We wtorkowych  wyborach prezydenckich karty do głosowania w Kalifornii,  poza językiem angielskim, były wydrukowane w sześciu innych językach: mandaryńskim, japońskim, koreańskim , hiszpańskim, wietnamskim i tagalog.  Mieszkańcy New Jersey z trudem odnajdywali na karcie do głosowania znajome słowa w języku angielskim, zagrzebane wśród fikuśnych kresek mandaryńskiego. W istocie, aż w 25 stanach rząd nakazał drukowanie kart do głosowania w łącznie 68 językach świata. By ułatwić udział w wyborach przybyszom z Chin zalewającym San Diego, władze wynajęły 122 dwujęzycznych pracowników płacąc im piętnastodolarowy  bonus ponad zwyczajową dniówkę płatną dziesięciokrotnie więcej.

Jeśli we śnie Kennedy’ego pierwszym duchem była wspomniana ustawa otwierająca granice Ameryki dla przybyszów z krajów trzeciego świata, drugim duchem była ustawa o Prawie do Głosowania z tego samego 1965 roku  i również podpisana przez prezydenta demokratów,  L.B. Johnsona. Jej intencją było zapobieżenie, by murzyńscy analfabeci Południa nie byli pozbawieni prawa udziału w wyborach. W 1975 roku dzieci analfabetów były już doktorami, ale rząd objął mniejszości jeszcze większą opieką, wprowadzając prowizję nakazującą drukowanie kart wyborczych dla mniejszości,  które przekroczyły w swej masie 10 tys. ludzi albo 5% uprawnionych do głosowania.

Przedłużenie ustawy na kolejne 25 lat podpisał nie kto inny, jak George Bush, któremu  już dorosła  Evelyn ze szpiegowskiego filmu Salt, przystawiła pistolet do głowy. Nie podpiszesz – republikanie stracą poparcie mniejszości narodowych w wyborach. Mc Cain dostał za ten podpis 31% głosu Latynosów. Romney, cztery lata później, już tylko 27. Zeby myśleć o zwycięstwie za 4 lata republikanie muszą mniejszościom dać coś więcej, niż demokraci. Amnestię? Wizy? Studia  za darmo? Pracę? Dom? Gin z tonikiem?

Wielka wyprzedaż kraju zaczęła się.

Mariusz Max Kolonko – Nowy York

www.MaxKolonko.com

Topics: BARACK OBAMA, IMIGRACJA, KOLONKO W ONET.PL, KOMENTARZE POLITYCZNE, KRYZYS GOSPODARCZY USA, MURZYNI, MŁODIEZ W AMERYCE, PATRIOTYZM, WYBORY W AMERYCE, ZYCIE W AMERYCE | Comments Off on Smierć białej Ameryki?

Huragan Sandy zatrzymał Romneya

By Max Kolonko | November 9, 2012


6 lis, 08:29   Publikacja w: Onet

Kiedy Barack Obama wygrał prezydenturę cztery lata temu, ponad 60 proc. Polaków wyraziło zaufanie do nowego, amerykańskiego prezydenta. W ankiecie Pew Research Center poza Europą, bardziej niż nad Wisłą, cieszono się z wyboru Baracka Obamy tylko w Kenii i Nigerii. Proliberalna Europa zobaczyła w Obamie zaprzeczenie republikańskiego dogmatu amerykańskiej wyjątkowości i wynikającej z niej potrzeby przewodzenia cywilizacji zachodniej.

Nowy prezydent Ameryki w zagranicznych wizytach kłaniał się w pas królowi Arabii Saudyjskiej, cesarzowi Japonii i prezydentowi Chin. W Strasburgu Obama przepraszał za amerykańską arogancję i Guantanamo, w ONZ za błędy poprzednika, przyjmując od dyktatora Wenezueli, Hugo Chaveza, książkę potępiającą amerykański kolonializm.Więzienie Abu Ghraib za Busha, zastąpiła za Obamy leninowska doktryna walki o “zmianę serc i umysłów”, którą krótko promował prezydent Johnson w Wietnamie. Żołnierz Kyle Steiner tak podsumował koncepcję walki o umysły Afgańczyków w nagrodzonym nominacją do Oskara dokumencie “Restrepo”: “facet przychodzi, ściska nam ręce, bierze 10 worków ryżu, które dajemy jemu i jego rodzinie, idzie w góry i rąbie w nas z granatnika, a rano pasie kozy i śmieje się. Pierd…lę jego serce. Pierd…lę jego umysł”.

Nieodwzajemniona miłość

Prezydent Obama, który walczył o umysły i serca muzułmanów, zapomniał o sercach Polaków. W 70. rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę, Barack Obama pod naciskiem Rosji, zrezygnował z budowy tarczy rakietowej w Polsce przekreślając 15 lat budowy strategicznego partnerstwa naszego kraju ze Stanami Zjednoczonymi. Kiedy kraj pogrążył się w żałobie po tragicznej stracie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Obama skorzystał z chmury wulkanicznego pyłu nad Europą i poszedł grać w golfa. W maju amerykański prezydent mówił o “polskich obozach śmierci”, co po raz pierwszy w historii polsko-amerykańskich stosunków szef dyplomacji Polski, Radek Sikorski, określił mianem “ignorancji i niekompetencji”.

Rok po arabskiej “wiośnie ludów”, ci sami ludzie krzyczący “Allahu Akbar” na widok eksplodującej Toyoty wojsk Kaddafiego, palili amerykańskie flagi od Tunezji po Pakistan. Polityka appeasementuwobec świata arabskiego, zapoczątkowana przemówieniem Obamy w 2009 roku w Egipcie, legła w gruzach amerykańskiego konsulatu w Libii. Na tygodnie przed prezydenckimi wyborami zachwiała pozycją Obamy w ankietach i ustawiła kandydata republikanów, Mitta Romneya, powyżej magicznego progu 50 punktów gwarantujących objęcie prezydentury Stanów Zjednoczonych.

Sandy na ratunek

Ameryka w czasach kryzysu gromadzi się wokół swego przywódcy. Tak było, gdy George Bush stał z tubą na zgliszczach World Trade Center z ręką na ramieniu strażaka. Tak jest, gdy Barack Obama stanął na ruinach domów po huraganie Sandy. Amerykę obiegły zdjęcia zapłakanych ludzi w ramionach opiekuńczego prezydenta, a ten zapowiedział hojne sięganie po pomoc rządową. Ludzie z nadzieją ustawili się z konewkami po darmowe 10 galonów rządowej benzyny.

Na godziny przed wyborami, express wyborczy Mitta Romneya prowadzącego po pierwszej debacie grubo na punkty w ogólnokrajowych ankietach, zatrzymał się. Rozmowy Amerykanów zeszły z dyskusji o braku pracy na rozmowy o kataklizmach, ze śmierci ambasadora w Libii, na uścisk pojednania Obamy z republikańskim gubernatorem New Jersey, Chrisem Christie. Zwrotnicę dialogów umiejętnie przestawiły tutejsze media, strasząc wyborców na Florydzie zdjęciami ruin zalanych domów w Nowym Yorku.

Winnetou na Staten Island

Prezydent Obama zrobił fotkę i czmychnął z rejonu zero, gdy tylko jego sztab zorientował się, że pomoc rządowa nie płynie tak wartko, jak fale oceanu, które zalewały domy na Staten Island. Nowojorczycy, pierwsi w krytyce obywatelskiego prawa do posiadania broni gwarantowanego zapisami konstytucyjnymi, teraz stali u progu swych domostw bezbronni wobec hord rabusiów gotowych plądrować, co się da. Z zalanych piwnic mieszkańcy wyciągali kije bejsbolowe i maczugi. Gazety obiegło zdjęcie człowieka uzbrojonego w łuk i strzały, który stanął, jak Winnetou, w obronie swego domu. Przedstawiciel ruchu Occupy Wall Street zachęcał w Twitterze do wzięcia rewanżu na szybach budynków Wall Street. Pomoc rządowej agencji FEMA utknęła w niekompetencji państwowych urzędników wysyłających m.in. generatory prądu nie tam, gdzie trzeba.

Darmową benzynę wlewaną wcześniej do konewek, oszuści sprzedawali teraz po wyśrubowanych cenach kierowcom czekającym w kilometrowych kolejkach pod stacjami benzynowymi. Zapałki zaczynały iść po 10 dolarów paczka. Wkrótce potem, rozwścieczony brakiem środków do życia, zziębnięty i bezdomny tłum obrzucił wyzwiskami burmistrza Nowego Yorku,  Michaela Bloomberga, aż ten musiał salwować się z rejonu zero ucieczką.

“Zielona Góra” zadecyduje

Huragan uderzył w Baracka Obamę i koncepcję opiekuńczego państwa, które w momentach nadejścia kataklizmu, jakim był huragan Katrina, a teraz Sandy, opiekować się nami nie potrafi. Ale ten sam huragan wyhamował impet uderzenia Mitta Romneya. Ostatnia ankieta Gallupa wykazuje już tylko jednopunktową przewagę nad Obamą (49-48 proc.). Żywioł poprzestawiał mapy punktów wyborczych, wywrócił do góry nogami ankiety, bo ludziom nie działają telefony, a wielu wręcz zniechęcił do głosowania.

W 2004 roku John Kerry przegrał właśnie przez deszcz, który padał w północno-wschodnich swing states. Teraz w kluczowym dla tych wyborów stanie Ohio, który cztery lata temu Obama wygrał liczbą głosujących równej liczbie mieszkańców Zielonej Góry, milion ludzi było bez prądu. Jeśli pójdą do urn wyborczych mimo wszystko, mogą przechylić szalę tego wyścigu. Choć w tak wyrównanych wyborach, o prezydenturze ponad 300-milionowego państwa zadecydować może równie dobrze kilkanaście autobusów ludzi przywiezionych po niedzielnej mszy do urn wyborczych we wczesnych wyborach.

Mariusz Max Kolonko – Nowy York

www.MaxKolonko.com

*Mariusz Max Kolonko – jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy, prezenter i producent telewizyjny, scenarzysta. Były korespondent TVP i TVN w USA. Specjalnie dla Onetu komentuje wybory prezydenckie w USA. Oto jego analizy: Obama czy Romney – zniesienia wiz do USA nie będzie,Romney wygra w USA. Szukajcie kolejnych tekstów na naszych stronach.

Topics: BARACK OBAMA, KOLONKO W ONET.PL, KOMENTARZE POLITYCZNE, KRYZYS GOSPODARCZY USA, MŁODIEZ W AMERYCE, POLITYKA ZAGRANICZNA USA, TARCZA RAKIETOWA, WYBORY W AMERYCE | Comments Off on Huragan Sandy zatrzymał Romneya

Obama czy Romney – zniesienia wiz do USA nie będzie

By Max Kolonko | November 8, 2012

26 paź, 09:01 Źródło: Onet

Dwa lata temu, na zakończenie wizyty w Waszyngtonie, prezydent Bronisław Komorowski, w niespotykanym podczas photo op w Białym Domu expose, poczęstował prezydenta Obamę swoją opinią na temat problemu wiz dla Polaków.

– Polacy jeżdżą po całej Europie, nie widzimy powodów, dla których nie mielibyśmy jeździć tak samo do Stanów – powiedział Komorowski. – Merry Christmas – odparł Obama, dziękując za podarowaną choinkę.

Taki jest polsko-amerykański dialog polityczny w pigułce. Miało być zniesienie wiz do końca kadencji – Obama nie powiedział “której kadencji”. Miała być tarcza rakietowa – będzie parasol obronny pod koniec dekady. Miały być rakiety Patriot – przyszły nieuzbrojone atrapy. Miał być kontyngent żołnierzy amerykańskich – jest kilkunastu instruktorów pilnujących, żeby jakiś Polak przypadkiem nie odpalił czegoś w niewłaściwą stronę. “Przecież nam pan obiecał!” po jednej stronie i “Wesołych Świąt!” po drugiej.

W dialogu tym Polacy widzą się przez pryzmat naszej historii, narodowej dumy wynikającej z przynależności do kraju, którego szlachta mogła wjechać do Moskwy na szablach, gdyby jej się chciało – w czasach, gdy nad Potomakiem Indianie przywiązywali kapitana Smitha do słupa, a piękna Pocahontas pocałunkiem ratowała mu życie. W tym romantycznym myśleniu Polski jest całkowita ignorancja naszego obecnego miejsca w rankingu gospodarek Europy, zamieniona na narodowy entitlement wynikający głównie z miejsca Polski na mapie i przynależności do grupy zamożniejszych od nas krajów europejskich.

Ostatni gasi światło

Według raportu PricewaterhouseCoopers, aż 40 proc. młodych Polaków, czyli 6 mln osób, chciałoby zamieszkać za granicą i podjąć tam pracę. Od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej z Polski wyjechało według różnych szacunków ponad 2 miliony ludzi. Kraj, który puszcza krew w tym tempie, nie jest partnerem do poważnych rozmów, a już na pewno nie o ruchu bezwizowym.

“Romney wygra w USA” – więcej w Onecie

Czy tego chcemy, czy nie, Ameryka nie będzie nas traktować poważnie tak długo, jak długo będziemy piątym od końca krajem w Europie pod względem PKB na głowę mieszkańca, z zarobkami o 70 proc. mniejszymi niż inni mieszkańcy Unii Europejskiej, a Azjaci zbierający sezonowo jagody na polach w Szwecji, zarabiać będą dwukrotną średniej krajowej zarobków Polaka. Jeżdżenie turystów z Polski po strefie Schengen autobusem z bagażnikiem wypełnionym tanim żarciem, nie jest argumentem zdolnym pokonać pragmatyzm amerykańskiej polityki wizowej i urzędnika w konsulacie, który chce wiedzieć “what you got?”.

Polskie bramy do nieba

Osiem lat po wstąpieniu do Unii Europejskiej, zamiast stać się par excellance Europejczykami, staliśmy się największymi migrantami Europy. Rozpierzchliśmy się po pozbawionym granic kontynencie, szukając lepszej pracy, lepszych szkół, lepszych dróg, lepszego życia. Na puste miejsca pracy wskoczyli przybysze ze świata, wpuszczani przez naszą wschodnią granicę do “zielonej wyspy Europy” na niespotykaną dotąd skalę.

Wg danych polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, na Polskę przypada ponad połowa wszystkich wiz wydawanych przez unijne placówki w Europie Wschodniej. Dla milionów ubogich przybyszów ze wschodu staliśmy się bramą do nieba nie dostając nic w zamian.

Tak, jak Amerykę stworzyły kolejne fale imigrantów, budując własne biznesy, tworząc miejsca pracy i zasilając rodzimą gospodarkę, Polska stała się krajem tranzytowym. Miejscem, gdzie można zdobyć tanie wykształcenie, doczekać się kolejnej amnestii i dać dyla dalej na Zachód zabierając posady Hansom w Niemczech, czy Peterom w Wielkiej Brytanii.

Przybysze do Polski na ogół nie uczą się polskiego języka, nie wtapiają w naszą kulturę, nie tworzą polskich biznesów poza straganami z podejrzaną żywnością. Nie asymilują się, bo nie nie chcą tu zostać. Jesteśmy przydrożnym hotelem, gdzie można się wyspać, najeść do syta, ukraść darmowy ręcznik i pognać dalej na zachód, ku “European Dream”.

Gdzie jest wiza Pułaskiego?

Dzisiejsza Ameryka zamyka bramy imigrantom, jak nigdy przedtem. Każdego roku służby immigracyjne U.S. Immigration and Customs Enforcement (ICE) deportują nielegalnych w niespotykanym nigdy tempie – 400 tys. rocznie. Pracujący na czarno żyją w strachu. ICE przychodzi w dzień, przychodzi w nocy.

– Kiedy słyszę hałas u drzwi o 4.00 nad ranem zrywam się ze snu zlany potem – zwierzał się mi niedawno pewien Czech. Dziś jest już z powrotem tam skąd wyjechał 12 lat temu. Nielegalni wracają sami, albo z pomocą władz.

Polscy prawnicy rozpatrujący jeszcze kilka lat temu sprawy imigracyjne, teraz przewracają papiery spraw deportacyjnych. Kiedyś na lotnisku w Newarku podeszła do mnie pewna Polka prosząc o pomoc, bo choć jest w kraju kilkanaście lat, ma dom i urodzone w Ameryce dziecko, otrzymała nakaz powrotu. Inaczej niż nielegalnym w Polsce, nie przyszedł jej z pomocą ani prezydent, ani urzędnik imigracyjny, ani nawet jakiś zatroskany jej losem dziennikarz.

Prezydent Barack Obama, którego Polska witała w Warszawie oklaskami, nie tylko nie zniósł wiz, a jeszcze zaostrzył przepisy imigracyjne wprowadzając rejestrację ESTA dla przybyszów z krajów o ruchu bezwizowym, co jest de facto elektroniczną formą ubiegania się o wizę.

Przeczytaj wywiad z Mariuszem Maxem Kolonko w Onecie

Jednocześnie ten sam Obama wprowadził unilateralnie, bo bez zgody Kongresu, dekret o amnestii dla nielegalnych w wieku wyborczym. Zrobił to na 4 miesiące przed listopadowymi wyborami, tworząc jednym pociagnięciem pióra ponad milionowy blok wyborczy popierających go teraz w wyborach Latynosów.

Polityką wizową rządzi interes polityczny, a tego imigrant znad Wisły nie stanowi. Jesteśmy zdani na samych siebie. Marzącym o lepszym życiu nie pomoże polski polityk brzęczący w Białym Domu szabelką. Nie ułatwi nam życia Ameryka, której imigracyjna przeszłość wchłaniająca “biednych i zmęczonych”, o której pisała w 1883 roku poetka Emma Lazarus, jest już tylko dumną kartą w podręcznikach historii.

O prawo stałego pobytu w Ameryce starał się nasz Kazimierz Pułaski, wyrażając w swych listach nadzieję, że kiedyś w zasługi wojenne dostanie “porcyję ziemi, na której osiedlić by się mógł”. Nie wiedział, że po zakończonej wojnie o niepodległość zazdrośni generałowie Kongresu planowali go deportować do Polski za rzekomo nie dodające się rachunki legionu, de facto posyłając bohatera obu narodów na rosyjski szafot.

Rzecz jasna amerykańskie i polskie podręczniki historii milczą na ten temat. Pułaski był pierwszym przedstawicielem romantycznego pokolenia Polaków, który chciał wizę do Ameryki odbić szablą. Poległ pod Savannah niemal równo co do dnia, 9 października, 233 lata temu.

Mariusz Max Kolonko – Nowy Jork

www.MaxKolonko.com

Mariusz Max Kolonko – jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy, prezenter i producent telewizyjny, scenarzysta. Były korespondent TVP i TVN w USA. Od września 2009 publicysta amerykańskiego portalu opiniotwórczego “The Huffington Post”.

Mariusz Max Kolonko specjalnie dla Onetu komentuje wybory prezydenckie w USA. Szukajcie kolejnych tekstów na naszych stronach.
Mariusz Max Kolonko, fot. Wikipedia

Topics: IMIGRACJA, KOLONKO W ONET.PL, KOMENTARZE POLITYCZNE, PATRIOTYZM, POLITYKA ZAGRANICZNA USA, POLSKI SYNDROM, RADEK SIKORSKI, WYBORY W AMERYCE | Comments Off on Obama czy Romney – zniesienia wiz do USA nie będzie

Romney wygra w USA

By Max Kolonko | October 23, 2012

WYBORY W USA
Mariusz Max Kolonko:
ROMNEY WYGRA W USA 
(komentarz polityczny dla Onet.pl)

Na dwa tygodnie przed wyborami, republikański kandydat na prezydenta Mitt Romney, prowadzi nad prezydentem Barackiem Obamą 51- 45 wśród zdeklarowanych wyborców. (Gallup Poll).Jest to wynik znaczący, bo historia amerykańskich wyborów pokazuje , że tak blisko przed wyborami, każdy kandydat, który wspiął się wśród pewnych wyborców na magiczny próg 50%, wygrał wybory.
Można argumentować, że ankiet robi się w tym punkcie w wyborach setki, ale wśród nich liczą się tak naprawdę trzy. Gallup Poll to nie wróżenie z fusów i wydruku z komputera nie da się obalić pobożnymi życzeniami. Jeśli w ciągu najbliższych dni nie zdarzy się jakiś znaczący, polityczny hocus-pocus,  Mitt Romney ma poważną szansę zastąpić Baracka Obamę w Białym Domu.

Pierwsza debata prezydencka – wyborczy X Factor
Jeśli tak sie stanie, historia uzna, że o wyniku tych wyborów zadecydowała pierwsza debata prezydencka, którą Romney wygrał miażdżąco 72 – 22 (Gallup Poll),  co jest największym wynikiem w historii debat prezydenckich, równym nokautowi na bokserskim ringu. Aż 56% wyborców w ankiecie CBS zmieniło po tej debacie zdanie o kandydacie republikanów.

Image zwycięskiego Romneya pozostał odtąd w pamięci wyborców przez rekordowe dla odstępu między debatami, 13 dni do czasu drugiego starcia, kiedy Obama odrobił nieco straty. Trzecia debata była już tylko meczem Anglii z Polską na Narodowym, gdzie Anglików zadowalał remis.
Przez owe dwa tygodnie między debatami, ponad 300 milionów dolarów wpakowanych przez sztab Obamy w reklamówki telewizyjne przedstawiające Romneya, jako bogacza oderwanego od potrzeb zwykłych ludzi, uchodziło z dymem przez komin.
Widownie równe każdorazowo niemal podwójnej liczbie wszystkich mieszkańców Polski, zobaczyły w telewizyjnym prime timie, że Romney jest inny, niż maluje go przeciwnik, mimo zabawnych lapsusów językowych; „w Massachusetts mam foldery pelne kobiet” (czytaj: 13 z 34 mianowanych przez niego stanowisk obsadził kobietami), który nie zostawia po sobie „zapachu siarki” (Chavez o Bushu w ONZ), co najwyżej wizerunek self made mana, który prowadzi „mały” biznes, jak Donald Trump (Obama o Romney w drugiej debacie).
Na dwa tygodnie przed wyborami Floryda przesunęła się pod flagę Romneya, a kluczowe dla wyborów swing states zaczynają wskazywać równą walkę w granicach ankietowego błędu +/- 3 pkt. W owych 13 dniach w 34 stanach, które przyjmują wcześnie głosujących, wyborcy głosowali w rekordowych w historii liczbach.

Kto jest kim i co jest czym
Gdyby Ameryka była cadillackiem, a kandydaci na prezydenta ubiegali się o zostanie jej kierowcą, Mitt Romney byłby mechanikiem samochodowym, a Barack Obama sprzedawcą używanych aut.
W porównaniu tym,  Mitt Romney jawi się jako przedsiębiorca been there done that –  robiłem to sam i mi wyszło, który przez cwierć wieku zarządzał biznesami, prowadził stan Masachussetes jak własną firmę, wprowadził tam opiekę zdrowotną dla wszystkich nie tykając skarbu państwa, zbalansował budżet stanu, zreformował szkoły do rangi najlepszych w kraju i teraz chce zrobić to samo z Ameryką.
Barack Obama sprzedaje to samo, co cztery lata temu: nadzieje, długoterminowe wytyczne zmieniające fundamentalnie kraj, zielone paliwo, energię ze słońca, leczenie dla wszystkich, większe podatki dla bogatych, rządową interwencję w życie obywateli i w prawa regulowane dotąd przez legislatury stanowe. Ameryka made in Europe, jak dacie mi następne cztery lata na realizację zamierzeń.

Kobiety zaczynają lubić Romneya
Od czasu Reagana w amerykańskich wyborach widać zjawisko gender gap: 50. milionowy blok wyborczy amerykańskich kobiet głosuje inaczej, niż mężczyzni. Od czasów Reagana, Amerykanki głosują głównie na demokratę, zaś mężczyźni – na republikanina. 4 lata temu
Obama wygrał właśnie dzięki rekordowym 65% głosów kobiet, które nie kupiły Sary Palin.

Ale amerykańskie soccer moms boją się dziś o stabilność ekonomiczną ich domostw, a tej Ameryka 2012 nie ma: dwa razy droższa benzyna na stacjach niż 4 lata temu, 23 miliony ludzi bez pracy, bądź pracujących tylko dorywczo, prawie 47 milionów na kartkach żywnościowych, co szósty obywatel na granicy (amerykańskiego) ubóstwa i deficyt, który za Obamy urósł dwukrotnie więcej, niż w całych ośmiu latach rządów jego poprzednika. Odkąd Obama został prezydentem, amerykańska rodzina zarabia z roku na rok mniej, do ok. $ 4,300 miesięcznie.
Przed pierwszą debatą Amerykanki wolały Obamę od Romney’a w ankietach nieraz nawet 60 – 42, teraz w kluczowych dla wyborów stanach swing states jest już pół na pół.

Młodzi Amerykanie, czyli wielkie nic
Ameryka 2012,  to głównie dwa pokolenia: baby boomers i pokolenia Y. Baby boomers to 70. milionowa armia dzieci pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Ci, co tańczyli nago w Woodstock, stworzyli Beatlesów i rockendroll, Jacka Kerouca i beatników, spódniczki mini i sexy wiatrówki,  które nosił  nasz Zbyszek Cybulski i Bob Dylan na okładce albumu Freewheelin’.
Pokolenie Y, to ok. 80 milionów ich dzieci urodzonych w latach 80., które nie stworzyły w zasadzie nic, poza Facebookiem i długami na kartach kredytowych rodziców.  Kiedy w 99 roku zorganizowali powtórkę koncertu ich rodziców w Woodstock, musiała interweniować policja i wozy straży pożarnej, które gasiły toalety podpalone dla hecy przez pijaną młodzież. Nazywam ich plastic generation, pokolenie plastyku,  ponieważ pierwszą rzeczą, którą zdobywa młody człowiek wchodzący w życie w Stanach, jest karta kredytowa rodziców.

Dawni hippisi w poobijanych volkswagenach jeżdżą dziś ekskluzywnymi cadillacami, są już często na emeryturze, pływają w swoich basenach i cieszą się z uroków życia. Wybory ich specjalnie nie interesują. Co 4 lata dowożę znajomego baby-boomera do urny wyborczej pod pretekstem wyjazdu na piwo. Interesuje go dobra opieka zdrowotna i niskie podatki od tego, czego się dorobił.  Jego dzieci nie interesuje nic. Może podróż do Amsterdamu (legalna „trawka”) z tym, że nie bardzo potrafią pokazać, gdzie to jest na mapie.
Połowa młodych ludzi po studiach nie ma pracy. O czym nie się tu nie mówi, nie ma pracy, bo często nie chce mieć. Zaden ze znanych mi 20-latków po studiach, nie pracuje, mimo że dostali oferty pracy, za które polski student dałby sie pokroić.
Demokratyczny kandydat na prezydenta, John Kerry, stawiał na nich już w 2004 roku ale w dniu wyborów w swing states padał deszcz i „plastyki” nie poszy do urn. Teraz są 8 lat starsze, i widzą życie tak, jak widzi to Obama: państwo zastąpi im tatę, da wszystko, od domu, po pracę. Zeby to osiągąć nie popracują po 12 godzin dziennie, jak ich rodzice, za to chętnie wyjdą na ulice, żeby wybić jakieś szyby, jednocząc się w ruchu Occupy Wall Street. Jeśli będą uparci, mają taką liczebność, żę mogą uczynić z Obamy prezydenta drugiej kadencji.
Choć kiedy widzę bezrobotnego syna sąsiada rozwalonego na materacu w basenie, myślę, że na to się raczej nie zanosi.

Mariusz Max Kolonko – Nowy York

 

Topics: BARACK OBAMA, IMIGRACJA, KOLONKO W ONET.PL, KOMENTARZE POLITYCZNE, KRYZYS GOSPODARCZY USA, MŁODIEZ W AMERYCE, POLITYKA ZAGRANICZNA USA, REFORMA ZDROWIA USA, TARCZA RAKIETOWA, WYBORY W AMERYCE | Comments Off on Romney wygra w USA

Jakiś gówniarz mówi mi, jak mam żyć – wywiad Onetu z Mariuszem Maxem Kolonko

By Max Kolonko | October 20, 2012

– Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć – powiedział w rozmowie z Onetem Mariusz Max Kolonko.

Dziennikarz w specjalnym wywiadzie dla Onetu ostro krytykuje polskie media, mówi o tym jak Rosja manipuluje Polską i dlaczego z ekranu telewizji w naszym kraju wieje nudą.  Wywiad, którego udzielił naszemu portalowi odbił się szerokim echem w mediach, generując ponad milion odsłon.

Z Mariuszem Maxem Kolonko rozmawia Piotr Kozanecki.

Onet: Wyjechał pan z Polski ładnych kilka lat temu…

Mariusz Max Kolonko*: Dwadzieścia cztery. I nie zawsze te lata były ładne…

Ale o Polsce wciąż pan od czasu do czasu pisze, m.in. w znanym serwisie “The Huffington Post”. Co pan napisał Amerykanom o sprawie Madzi?

Nic.

?

Nic, bo to nikogo tu nie interesuje. “The Huffington Post” to największa gazeta opiniotwórcza świata, a świat i Ameryka miały swoje sprawy Madzi. Nie przypominam sobie jednak kraju, w którym podobna historia byłaby wałkowana przez media od wiosny do jesieni.

W teorii mediów istnieje zasada, że jeśli w pierwszych 90 sekundach przekazu widz nie znajduje tzw. hook, czyli haka, wyłącza się. Dlatego scenariusze amerykańskich seriali telewizyjnych czy filmów zaczynają sie od tzw. cold open, czyli, używając słów Hitchcocka, trupa na otwarcie. Rozumiem, że o to panu w tym wywiadzie chodzi…

Przejrzał mnie pan. Pytam o to, bo w swoich artykułach dosyć stanowczo krytykuje pan naszą polską rzeczywistość. Nawet nasz eksportowy sukces, czyli Euro 2012, się panu nie spodobał…

O Euro 2012 pisałem tekst na zamówienie Natemat.pl. Pisałem o patriotyzmie stadionowym, który zastępuje ten narodowy. Że z dumą zmierzamy z umalowanymi na biało-czerwono twarzami na mecz, kibicując jedenastu patałachom na boisku, a wstydzimy się zawiesić flagę polską w oknie, by nie być posądzonym o jakiś wojujący konserwatyzm.

Mógłby pan jednak wyrazić trochę entuzjazmu. W 37-milionowym kraju mamy teraz chociaż cztery stadiony z prawdziwego zdarzenia, a zachodnie media przez cały turniej rozpisywały się o Polsce w samych superlatywach. Podobały się odnowione miasta, nasza otwartość. Wydaje się, że ostatecznie przełamaliśmy stereotyp kraju postkomunistycznego.

Gratuluję, że stać nas na przełamywanie stereotypów czterema  miliardami złotych. Nie znam się na tym, ale ciągle zdumiewa mnie nasza fascynacja sportem, w którym od lat przegrywamy wszystko z kretesem. To jakby Eskimosi budowali superparkury na konkursy konia wierzchowego, kiedy mają wyniki w wyścigach zaprzęgów psów husky.

Myślę, że jak zwykle żyjemy naszą dumną przeszłością i sukcesem na Wembley 40 lat temu, a nie pytamy, ile kosztować będzie obsługa tych molochów? Jak tam Europa dojedzie? Gdzie zamieszka? Ile meczów będziemy musieli na tych stadionach jeszcze przegrać, aby publika przestała kupować bilety? Co tam wtedy zrobimy? Popisy gladiatorów? Dożynki?

Do trójki najbardziej medialnych wydarzeń w Polsce należy jeszcze oczywiście katastrofa smoleńska. Co Amerykanie o niej wiedzą?

Poza samą katastrofą, prawie nic. Agencje amerykańskie i światowe informowały o przebiegu śledztwa za ITAR-TASS, a nie PAP, bo śledztwo prowadzili Rosjanie. W efekcie większość Amerykanów nie ma pojęcia, że np. czarne skrzynki i wrak samolotu, stanowiące naszą własność, nie wróciły dotąd do Polski – dwa i pół roku po tragedii i dwa lata po zakończeniu dochodzenia.

Kilka dni po katastrofie w Smoleńsku pisałem w “The Huffington Post”, że tragedia będzie wygrana przez Rosję dla celów politycznych i tak się dzieje. Dla Rosji wrak samolotu i tragedia smoleńska stały się środkiem politycznym do destabilizacji sytuacji w Polsce. Dlatego zdjęcia ofiar tragedii w Smoleńsku odnajdują się raptem na portalu na Syberii.

Skłócona Polska to kraj słaby, a słaba Polska jest w interesie Rosji. W Moskwie ułożony jest od dawna scenariusz, w którym polski premier jest słaby. Potrzebuje pomocy i tę Moskwa dostarczy, zwracając wrak, czarne skrzynki w stosownym dla nich momencie, a być może nawet występując z jakąś dodatkową formą ekspiacji, która wzmocni, a może i uratuje pozycję premiera.

Taki wdzięczny Rosji polski premier byłby historyczną kopią króla Poniatowskiego i jego serwilistycznej postawy wobec carycy Katarzyny II i ten scenariusz jest typowy dla sposobu rządzenia rosyjskich elit władzy. Nie tylko Ameryka, ale i administracja Obamy nie rozumieją sposobów myślenia Rosji i obciążeń historycznych Polski, to Obama robi, co może, by walczyć o serca i umysły muzułmanów, a nie Polaków, ale to inny temat.

Pan ma, zdaje się, nie najlepsze zdanie o polskich mediach. Ale czy mówiąc o upadku dziennikarstwa w naszym kraju, nie ma pan na myśli tak naprawdę upadku mediów w zachodnim świecie? Czy media w USA się nie tabloidyzują? Nie ma gonitwy za sensacją i pogodni za zyskiem?

Kto powiedział, że pogoń za zyskiem musi produkować gnioty? Stacja telewizyjna czy gazeta bez zysku upada. Ale w Ameryce zysk generuje tekst, program czy serial telewizyjny, który przyciąga widza, a ten widz ma takie same oczy, głowę i rozum, jak widz w Polsce. Tak powstały generujące milionowe zyski programy newsowe, które usiłujemy nieudolnie kopiować w kraju, publicystyczne “60 minutes” w CBS czy “Larry King Live”, bądź seriale jak “Hell on Wheels”, choć w Polsce znamy tylko stare epizody “CSI Miami”.

Amerykanin, kiedy nie lubi przekazu, przełącza na inny kanał. Tak samo robi już polski widz, który ma już coraz więcej stacji do wyboru, ponad 175 w języku polskim. Dlatego m.in. oglądalność polskich programów leci na łeb. Seriale kończą się klapą po jednym sezonie. Czytelnictwo gazet spada. Wtedy establishment dziennikarski broni się zwalaniem winy na internet i głupiego widza czy czytelnika, który go nie rozumie.

Szukając wyjścia ze spadającej oglądalności, dziennikarz ucieka w tabloid, pogrążając się jeszcze bardziej, bo nie tabloidu oczekuje dziś polski odbiorca tylko dobrego, rzetelnego wartościowego programu, serialu czy artykułu. A tego polski establishment medialny często zwyczajnie nie potrafi dostarczyć.

“Larry King…” i “60 minutes” to jedno, ale kiedy oglądałem Jerry’ego Springera nie miałem wrażenia, że to jest jakaś szczególnie wyszukana propozycja medialna.

Nawet Jerry Springer stwierdził, że produkuje gniota…

A więc na tak wielkim rynku, jak amerykański, i w kraju, gdzie demokracja funkcjonuje już ponad 200 lat, można znaleźć dobre przykłady zarówno na dziennikarstwo na poziomie, jak i na przekraczanie tabloidowych granic.

Dokładnie tak. Zatem nie można wrzucać do jednego worka Larry’ego Kinga i Jerry’ego Springera, bo to jakby porównywać filmy braci Coen i buble komediowe Sandlera. W Ameryce może pan znaleźć przykłady na zaprzeczenie każdego zdania, które pada w tym wywiadzie. Np. tzw. korespondenci ściągają z nagłówków w mediach i karmią tym widza w Polsce. W efekcie ten myśli, że Ameryka to dziki kraj, w którym wszystko wolno. A to jest bardzo dobrze ułożona maszyna, która funkcjonuje według bardzo precyzyjnych reguł, które trzeba znać.

Tak czytam np. o gafach Romneya w Europie i o tym, że Romney strzelił już sobie we wszystko – od stopy po głowę – i przegra wybory. A potem jest debata telewizyjna i okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie. Korespondent wtedy milczy, bo nie wie, co go trafiło. A to tak, jakby pisać dla publiczności amerykańskiej o Polsce, cytując tylko “Gazetę Wyborczą” albo tylko “Rzeczpospolitą”. Musimy widzieć całe zagadnienie i umieć czytać między wierszami.

U nas wolne media mają dopiero 20 lat, na dodatek dożyna nas pełzający czwarty rok kryzys. Co się panu w tych naszych mediach tak nie podoba?

Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. Pomieszanie tematów lokalnych, nieinteresujących krajowego odbiorcę, z ważnymi tematami dotyczącymi wszystkich.

W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć. To wszystko z podstawowymi błędami warsztatowymi, niezbalansowanymi kamerami, fatalną dykcją, błędami fonetycznymi i czytaczami z promptera, którzy mylą się w 30 proc. zapowiedzi.

Przełączam na telewizję śniadaniową i widzę relację z lodowego igloo z prowadzącą Królewną Śnieżką z nogami związanymi w supeł, której jedynym celem jest, by dobrze wypaść. Otwieram gazety i widzę “publicystów” skaczących sobie do gardeł o byle co. Czułem się jak Jack Nicholson w “Locie nad kukułczym gniazdem”.

I co, wraca pan do Stanów, a tu wszystko cacy?

Skądże. Ale jeszcze w samolocie wziąłem na pokładzie do ręki “The USA Today”, największy nakładowo dziennik w Ameryce i natychmiast wiedziałem, co się zdarzyło na świecie, w Stanach.

Była nawet najważniejsza wiadomość z miejsca, z którego właśnie wyjechałem. Napisane prosto, rzeczowo, z pogłębioną analizą eksperta, który wyjaśniał związki przyczynowo-skutkowe w zwartym i krótkim tekście. Obok informacje ze świata nauki i kultury, pisane ciekawie i wcale nie sensacyjnie. Jak są ploty, to interesujące ploty o gwiazdach, które są gwiazdami, a nie jakimiś dzidkami z łapanki zapełniającymi szpalty polskich gazet, których dziennikarze nie potrafią zapełnić żadną rozsądną treścią. Polskie media nie chcą o tym mówić, bo to jakby alkoholik miał mówić o uzależnieniu, przyznając się tym samym do alkoholizmu.

Nie jest tak, że w Polsce nie ma dyskusji na ten temat. Ostatnio kontrowersje wzbudził Grzegorz Miecugow twierdzeniem, że “nieszczęściem mediów jest odbiorca”. Dziennikarz TVN24 sugerował, że za stan, o którym rozmawiamy, odpowiedzialni są odbiorcy mediów, którzy nie poszukują ambitniejszych treści. Z kolei w “Polityce” Mariusz Janicki pisał, że jest to wzajemnie nakręcająca się spirala. Jaka jest pana opinia?

Znam i szanuję Grzegorza, ale musiał być albo zmęczony, albo, jak to on, ironizował. Nieszczęściem mediów rzeczywiście JEST odbiorca, ale dlatego, że jest od tych mediów mądrzejszy. To media ogłupiają naród. Dzieje się tak m.in. dlatego, że na palcach jednej ręki można policzyć dobrych dziennikarzy nie tylko z wykształcenia, ale posiadających wiedzę na tematy, o których piszą i umiejętności, które pozwalają im się wyrazić w interesującej dla odbiorcy formie.

Ma pan zatem piszących, dajmy na to, rolników, lingwistów, elektroników, inżynierów, często nawet z niepełnym wykształceniem, których w latach 90. los wrzucił do redakcji i tam zostali przyspawani do stołków, awansując stopniowo przez migracje po tytułach.

Nie trzeba być z wykształcenia dziennikarzem, żeby ciekawie pisać. Ja jestem po dziennikarstwie i uważam, że to nie są studia, które tego nauczą.

To przykre, ale pewnie ma pan rację. Tylko że nie każdy rodzi się Markiem Hłasko. Ciekawego pisania nie można się nauczyć, ale można sie nauczyć mechanizmów, które rządzą w tym biznesie, co przydaje się później w pisaniu. Jeśli trafi pan na stół operacyjny, to wolałby pan, żeby operował pana chirurg po akademii medycznej, a nie facet ze skalpelem w ręku z dyplomem ogrodnika.

Ja mówię o dziennikarskich osobowościach. Ci ludzie operują na żywej tkance organizmu, jakim jest naród, więc czegoś należy od nich wymagać. Niektóre z tzw. gwiazd polskiego dziennikarstwa potrafią tylko rozpruć temat, wywalić krew na stół i powiedzieć: “kurna, ale jatka”.

Mówiąc o upadku, zakłada się, że był jakiś czas, kiedy było lepiej. Kiedy w Polsce było lepiej, jeśli chodzi o stan mediów?

To ciekawa uwaga. Myślę, że nie było lepiej, ale było inaczej. Sporo dziennikarzy, którzy tworzą dzisiejszy medialny establishment w Polsce, zaczynało w latach 90. Była odwilż cenzuralna i można było wreszcie mówić, co się chce. Wychodzi więc dziennikarka i daje wszystkim popalić. Publika bije brawo. Co za odwaga! I bum – Wiktor za odważne dziennikarstwo. Mijają lata. W polskiej telewizji królują formaty ściągnięte ze Stanów. Obok TVP na rynku istnieją już prywatni nadawcy – TVN i Polsat. Świeżo upieczeni menedżerowie muszą produkować coś szybko i tanio, bo stacje nie mają pieniędzy. Tak polskiego widza zalewa fala reality show…

Czyli ustawiamy kamery i patrzymy, co sie będzie działo…

Tak. I im bardziej wyskokowo, tym lepiej. Publika w Polsce 2000 biła ciągle brawo, ale już zaczynała się krzywić. Nie ma czego oglądać. Wiec znów sięgamy po formaty. W tym czasie, na początku ubiegłej dekady, nie było miesiąca, żebym nie dostawał telefonów z Polski z prośbą o informacje, jaki jeszcze amerykański format jest do wzięcia. Mówiłem, że format tworzy mój kolega, który jest takim samym człowiekiem jak Kowalski nad Wisłą. Żeby wymyślać swoje. “A jakie?”. Zapytał mnie ówczesny dyrektor Jedynki TVP, Sławek Zieliński. – Zróbmy program o gwiazdach – mówię. Ludzie mają dość oglądania zwykłych ludzi pod prysznicem. – Ale u nas nie ma gwiazd – zauważa Sławek. – To stwórzmy je – przekonuję. Siedzę w Los Angeles w kawiarni z dziewczyną polskiego pochodzenia, która trochę modeluje. Zabiorę ją do Hugh Hefnera i załatwię okładkę “Playboya”. Program będzie sie nazywać “Narodziny Gwiazdy”.

To kim była ta dziewczyna?

Nazywała sie Joanna Krupa. Sławek na to, jak to Sławek: “Krupa-dupa – nie interesuje mnie to”. Dwa lata później Ed Miszczak z TVN trafił na format “Taniec z Gwiazdami”. I raptem wszyscy tańczą: najpierw osoby znane. Potem mniej znane. Potem “gwiazdami” zostają tancerze gwiazd z pierwszej edycji. Potem dziewczyny tancerzy. Potem jakiś facet tańczył podobno z miotłą, jako gwiazda, co w sumie na jedno wychodzi.

Niech pan jednak zauważy, że w tym czasie, około 2005 roku, w Polsce rozkwita na masową skalę szybki internet. Powstaje brukowiec “Fakt”. Powstają portale-brukowce jak Pudelek.pl i oni muszą o czymś pisać. Więc piszą o tych wszystkich “gwiazdach” z łapanki. Pamiętam, że założyłem się z Edwardem, że nie będzie kolejnej edycji.

Przegrał pan z kretesem. Było 13 edycji.

Przegrałem. Publika w Polsce łyknęła tę nowość tak, jak przewidziałem to 5 lat wcześniej. Odtąd “gwiazdy” zaczęły nie tylko tańczyć, ale tańczyć na lodzie. Gotować. Podróżować. Śpiewać. You name it. Kiedy dyrektor Dwójki Rafał Rastawicki zaproponował mi prowadzenie programu “Aleja Gwiazd”, zrozumiałem, że jako dziennikarz i politolog z wykształcenia, a scenarzysta z amerykańskiego zawodu, nie mam czego szukać w Polsce. Że przydam się tam jedynie na rozmowę z jakąś polską gwiazdą, której jedynym osiągnięciem jest piąte miejsce w rumbie.

Ale sam pan mówi, że reality TV przyszło ze Stanów. Jak to było w USA, to było dobre, a jak my to wzięliśmy do siebie, to nagle jest złe?

Tak, bo w Stanach rynek telewizyjny miał wtedy 800 kanałów, a polski cztery. Tutaj był to deser, w Polsce – główne danie. Na szczęście internet rozwijał się szybko i rynek medialny też. Najszybciej rozwijał się widz, który zauważył, że się go oszukuje. Że gwiazda nie jest wcale gwiazdą. W komentarzach pod artykułami zaczynają się wtedy pojawiać opinie krytyczne, nieraz w 90 proc. negatywnie oceniające przekaz.

Te negatywne komentarze pisze kilka, najwyżej procent ogółu, który to wszystko ogląda. “Taniec z Gwiazdami” miał ponad 10 edycji, a o sprawie Madzi cały czas ludzie chcą czytać.

I tak wchodzi do gry zjawisko tzw. negatywnej publiczności. W teorii mediów pojawia się w małych rynkach, jak właśnie w Polsce. Tzn. widz ogląda przekaz, ale nie akceptuje treści płynących z ekranu. Ogląda, bo nie ma alternatywy. Dziś w polskich warunkach negatywna publiczność bywa często widownią programów publicystycznych.

Jak w komedii “Blues Brothers” – oglądają program i rzucają w ekran pomidorami, dając upust nerwom. Negatywna publiczność ujawnia się poprzez komentarze internautów w portalach internetowych. Dla portalu liczy się liczba odsłon. O proszę, jak się to ładnie czyta, mówicie i trzymacie tekst na “jedynce”, bo otworzyło go tysiąc czytelników. Otóż nie – przeczytajcie komentarze pod artykułem i wtedy okaże się, że nieraz większość z nich jest negatywna. Widz czyta, ale nie akceptuje treści.

Negatywna widownia jest specyfiką polskiego rynku. W Ameryce, jak widz czegoś nie lubi, klika i nie wraca. Nie naprawia świata, pisząc, że autor jest głupi, a tekst jest do bani. W Polsce ludzie ciągle spalają się w tym, choć i to zjawisko zanika, bo widz zaczyna coraz bardziej cenić swój czas. No i dlatego, że ma coraz częściej jakąś alternatywę.

Czy nie jest tak, że ambitne treści nie zniknęły wcale z mediów, a jedynie nieco się schowały? Jak ktoś chce poczytać reportaże, to ma do tego chociażby książki. W Polsce literatura faktu ma się bardzo dobrze. Ambitnych treści nie brakuje – po prostu one nie trafiają na “jedynki”.

Cale szczęście, że nie zniknęły, tak samo jak na szczęście nie wymarli jeszcze dziennikarze, którzy ciągle mają coś do powiedzenia i mówią czy piszą z sensem. Tyle że o tych “jedynkach”, o których pan mówi, często decydują ludzie, którzy nie zawsze mają przygotowanie i wiedzę, żeby decydować, co tak naprawdę interesuje widza.

Wie pan, jak powstaje nowy serial w Stanach? Idzie pan np. do dyrektora programowego stacji i ma pan 15 minut na tzw. pitch. Ten facet po drugiej stronie biurka wie już po dwóch minutach, czy kupuje, czy nie. Czasami mam wrażenie, że w Polsce menedżer patrzy na projekt programu, jakby zobaczył schemat silnika odrzutowego. Boi się ryzyka, więc woli sięgać po format zagraniczny, bo jak go szef zapyta, dlaczego format nie wypalił, ten odpowie, że np. w Holandii sprzedał się dobrze, tylko u nas widownia jest głupia. W efekcie nie ma nowych twórców.

Seriale od lat piszą ci sami, mimo że nie mają świeżych pomysłów i serial pada po jednym sezonie, bo nikt tego nie chce oglądać. Niech pan popatrzy na skok Baumgartnera. Jeden rzut oka na temat i widać, że to jest samograj. To nie jest skok jakiegoś oszołoma z okna. To jest poważny eksperyment naukowy, który, jak lot na Księżyc, zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Do tego ma wszelkie znamiona telewizyjnego hitu: relacja na żywo. Kamery. Życie lub śmierć. Człowiek i nauka otwierają nowe horyzonty przed ludzkością itd. W TVP to byłaby telewizja misyjna połączona z dużym zyskiem oglądalności. Baumgartner skoczył, ale ktoś w TVP nie zaskoczył…

Jaką widzi pan przyszłość dziennikarstwa w ogóle? 

Rynek medialny powinien regulować rynek, czyli reklamodawca i odbiorca, czyli widz. Tymczasem mam wrażenie, że w Polsce na rynku mediów dominuje model rzymskiego Koloseum. Wychodzi jakiś showman, robi fikołki, a publiczność, jak niegdyś w Rzymie cesarza, a teraz w Polsce Tuska, klika w internecie na “kciuk w górę” albo “kciuk w dół”. Dopiero od niedawna widzimy wreszcie w Polsce prawidłowe reakcje rynku, czyli interwencje reklamodawców.

Kiedy Kuba Wojewódzki z tym drugim klaunem obrażali kobiety, reklamodawcy zareagowali wycofując się z programu. Kiedy indziej sponsorzy “Top Model” wycofali się z reklamowania programu, bo jakiś oszołom macał w nim kobiety po piersiach. Gdyby takie sytuacje zdarzyły się w Ameryce, prowadzący dostałby kopa zaraz po wyjściu że studia.

Tak np. gwiazdor MSNBC Don Imus stracił pracę po tym, jak powiedział o Murzynkach grających w kosza “baby z sianem na głowie”. Firmy pompujące pieniądze w reklamę nie chcą się utożsamiać z kontrowersją, chcą inwestować pieniądze w osobowości i programy pewne, a nie kontrowersyjne, bo te mogą wypalić w drugą stronę i zaszkodzić ich produktowi.

Czyli w Stanach kontrowersyjna gwiazda nie sprzedaje się?

Sprzedaje się, ale np. w Hollywood studio nie tknie produkcji filmu, jeśli nie jest ubezpieczony na rzeczy nieprzewidywalne, jak zła pogoda czy wariactwo gwiazdy. Z kolei ubezpieczyciel nie ubezpieczy twojego filmu, jeśli dowie się, że gra tam nieodpowiedzialny aktor, bo za jeden dzień przerwy w zdjęciach musi płacić 1 mln dol. przy produkcji za 100 mln dol.

Czy wie pan, jaki jest problem z Lindsay Lohan? To świetna aktorka, ale jak robiła film o Liz Taylor wszyscy drżeli, czy się pojawi, czy nie rozbije znów porsche i czy nie zaćpa się w hotelu, bo dla sponsorów koszty postoju produkcji z powodu tych wybryków idą w miliony dolarów. Kontrowersje i pieniądze to dla sponsorów ruletka, ale to się zdarza, tak samo jak są brokerzy Wall Street, którzy ciągle inwestują w junk bonds.

To jak już jesteśmy przy filmach, chciałem zapytać pana, jako scenarzysty, o to, jaki jest pana ulubiony polski serial?

Polskie seriale są słabiutkie, ale jak się ma budżet 100 tys. dol. na epizod, a nie 1,5 miliona dol., jak choćby w Europie, to trudno być Jerrym Bruckheimerem. Z takimi budżetami nie mamy szans przyciągnąć dziś widza. Na “M jak Miłość” zasnąłem, a ciągle ogląda go kilka milionów ludzi z przyzwyczajenia.

Chciałbym zobaczyć nowy “Czas Honoru”, bo to jest wreszcie miniseria, a nie kalki proceduralnych scenariuszy ze Stanów. W Stanach seriale też ogląda się inaczej. Nie zasiada się do tego. Przerw na reklamę jest więcej, ale są krótsze, wiec scenariusze pisze się pod przerwy. Zatem akcja toczy się szybciej i zamyka w jednym odcinku, bo producent zakłada, moim zdaniem mylnie, że dziś widz nie będzie zapisywał w kalendarzu, że ma wrócić za tydzień.

Ciekawym zaprzeczeniem tych reguł był tu “The Killing”, którego zresztą jeden z epizodów reżyserowała Agnieszka Holland. To nie był stricte amerykański produkt, bo import z Danii z antycharakterami, a więc z nieefektowną, wiecznie skwaszoną główną aktorką ubraną ciągle w to samo, a jednak serial miał dobrą widownię. Dla mnie to sygnał, że publika się zmienia na lepsze, w Stanach też.

Próbował pan sprzedać w Polsce scenariusz o Kazimierzu Pułaskim…

Nie. Napisałem scenariusz filmu o Pułaskim dla producenta w Stanach. W Polsce wbrew radom mądrych ludzi poszedłem jedynie z dokumentacją do PISFU po dofinansowanie prac nad scenariuszem, gdzie usłyszałem, że “nikt nie wyda ani jednego dolara na film o Pułaskim”. Na marginesie: PISF to Polski Instytut Sztuki Filmowej. Zaś Pułaski to pierwowzór Kmicica z “Trylogii” Sienkiewicza, której część w reżyserii Jerzego Hoffmana pt. “Potop”, dostała nominacje do Oskara. Go figure.

Próbuję go figure. W jakim sensie żyjący w końcu XVIII wieku w Polsce i USA Pułaski miałby być pierwowzorem chorążego orszańskiego Kmicica? Ja się czuję fanem trylogii i Potop Hoffmana uwielbiam, ale o tym nie wiedziałem …

– Sienkiewicz nie mógł pisać o Pułaskim w czasach carskiej Rosji, bo Pułaski był wrogiem numer jeden carycy Katarzyny II sto lat wcześniej. Więc Pułaski dla pisarza tego okresu, jakim był Sienkiewicz, był inspiracją, symbolem walki z opresją. Takim Wałesą za Breżniewa. Nasi historycy generalnie o tym milczą, ale po 10 latach pracy nad Pułaskim nie ulega dla mnie wątpliwości, że Sienkiewicz przerobił Pułaskiego na fikcyjną postać Kmicica. Szwedzki Potop to okupująca nas wtedy Rosja, szczegóły biograficzne z życia fikcyjnego Kmicica, obrona Częstochowy, banicja itd. są dokładnie takie same jak losy Pułaskiego. W pracach nad scenariuszem przekopałem archiwa w Kongresie, odnalazłem przypadkiem obraz Franciszki Krasińskiej, damy jego serca i “najpiękniejszej kobiety ówczesnej Europy”, który dotąd uchodził za zaginiony, a odnalazłem go w Polsce dzięki uprzejmości i pomocy wielu miłych ludzi z Muzeum Narodowego. Dziesięć lat wcześniej byłem z kamerami w Savannah, kiedy odkopano grób Pułaskiego i moja firma producencka w Stanach ma jedyne zdjęcia kamerowe jego szkieletu pochowane ponownie w 2005 roku. Więc z tych wszystkich rzeczy powstał scenariusz i teraz pracujemy nad pre-produkcją, ale polskiego partnera tu nie ma.

A “Bitwę pod Wiedniem” już pan widział? Większość recenzentów, delikatnie mówiąc, skrytykowała…

Wie pan, Polska to trudny kraj dla filmowca. Widz w polskim kinie jest inny niż w Stanach. Tu jak zapłacisz kilkadziesiąt dolarów na wyjście do kina z dziewczyną, kupisz puszkę popcornu, siądziesz w fotelu i chcesz mieć good time. Nie obchodzi cię, czy orzełek patrzy w stronę drzewca, czy spogląda w księżyc. Film kinowy to jest entertainment.

Cały scenariusz “Titanica” oparty jest na historii, której nie było. Nie było ani naszyjnika Serce Oceanu, ani Rose, ani Jacka Dawsona. W filmie “Braveheart” Mela Gibsona to, co ciągnie za spust scenariusza, to egzekucja prawa Primae Noctis, w którym obszarnik miał prawo do pierwszej nocy poślubnej poddanych. Historia nie zna przypadku egzekwowania tego prawa ani tym bardziej wybuchu powstania z tego powodu.

Film “Patriot” z Melem Gibsonem by nie powstał, gdyby scenarzysta nie podkolorował angielskiego oficera, robiąc z niego rzeźnika, który pali ludzi żywcem w kościele. Historia wojny rewolucyjnej nie zna ani jednego takiego przypadku. Więc nie byłoby filmu, gdyby scenarzysta nie interweniował z tym, co Bernard Shaw nazywał divine intervention.

“Bitwy pod Wiedniem” nie widziałem. Ale od czasu wspomnianego “Potopu” Jerzego Hoffmana niezmiernie trudno jest zrobić cokolwiek porównywalnego w tej kategorii.

To co, wróci pan do Polski zrobić z tym naszym dziennikarstwem i kinematografią jakiś porządek?

Nie. Myślę, że lepiej będzie, jeśli wy przybędziecie tutaj. Jak powiedział John Travolta w “Swordfish” – “Problem z Hollywood jest taki, że produkuje shit”. Więc może nowi twórcy z Polski zrobią z tym kiedyś jakiś porządek. Trzymam za to kciuki.

*Mariusz Max Kolonko – jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy, prezenter i producent telewizyjny, scenarzysta. Były korespondent TVP i TVN w USA. Od września 2009 publicysta amerykańskiego portalu opiniotwórczego “The Huffington Post“.

Topics: DZIENNIKARSKIE CYMBAŁY, INTERNET, KATASTROFA W SMOLENSKU, KOLONKO W ONET.PL, KULTURA, MEDIA, POLSKI SYNDROM, ROZMOWY Z MAXEM, TELEWIZJA W POLSCE | Comments Off on Jakiś gówniarz mówi mi, jak mam żyć – wywiad Onetu z Mariuszem Maxem Kolonko


Page 5 of 12« First...34567...10...Last »

Max Kolonko Blog designed by ThankU.com
Entries (RSS) and Comments (RSS)