SKLEP MAXTV

LATEST NAJNOWSZE

POLECAM

FOLLOW MAX KOLONKO

DISCOVER AMERICA


THANKU.com


« | Main | »

Jakiś gówniarz mówi mi, jak mam żyć – wywiad Onetu z Mariuszem Maxem Kolonko

By Max Kolonko | October 20, 2012

– Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć – powiedział w rozmowie z Onetem Mariusz Max Kolonko.

Dziennikarz w specjalnym wywiadzie dla Onetu ostro krytykuje polskie media, mówi o tym jak Rosja manipuluje Polską i dlaczego z ekranu telewizji w naszym kraju wieje nudą.  Wywiad, którego udzielił naszemu portalowi odbił się szerokim echem w mediach, generując ponad milion odsłon.

Z Mariuszem Maxem Kolonko rozmawia Piotr Kozanecki.

Onet: Wyjechał pan z Polski ładnych kilka lat temu…

Mariusz Max Kolonko*: Dwadzieścia cztery. I nie zawsze te lata były ładne…

Ale o Polsce wciąż pan od czasu do czasu pisze, m.in. w znanym serwisie “The Huffington Post”. Co pan napisał Amerykanom o sprawie Madzi?

Nic.

?

Nic, bo to nikogo tu nie interesuje. “The Huffington Post” to największa gazeta opiniotwórcza świata, a świat i Ameryka miały swoje sprawy Madzi. Nie przypominam sobie jednak kraju, w którym podobna historia byłaby wałkowana przez media od wiosny do jesieni.

W teorii mediów istnieje zasada, że jeśli w pierwszych 90 sekundach przekazu widz nie znajduje tzw. hook, czyli haka, wyłącza się. Dlatego scenariusze amerykańskich seriali telewizyjnych czy filmów zaczynają sie od tzw. cold open, czyli, używając słów Hitchcocka, trupa na otwarcie. Rozumiem, że o to panu w tym wywiadzie chodzi…

Przejrzał mnie pan. Pytam o to, bo w swoich artykułach dosyć stanowczo krytykuje pan naszą polską rzeczywistość. Nawet nasz eksportowy sukces, czyli Euro 2012, się panu nie spodobał…

O Euro 2012 pisałem tekst na zamówienie Natemat.pl. Pisałem o patriotyzmie stadionowym, który zastępuje ten narodowy. Że z dumą zmierzamy z umalowanymi na biało-czerwono twarzami na mecz, kibicując jedenastu patałachom na boisku, a wstydzimy się zawiesić flagę polską w oknie, by nie być posądzonym o jakiś wojujący konserwatyzm.

Mógłby pan jednak wyrazić trochę entuzjazmu. W 37-milionowym kraju mamy teraz chociaż cztery stadiony z prawdziwego zdarzenia, a zachodnie media przez cały turniej rozpisywały się o Polsce w samych superlatywach. Podobały się odnowione miasta, nasza otwartość. Wydaje się, że ostatecznie przełamaliśmy stereotyp kraju postkomunistycznego.

Gratuluję, że stać nas na przełamywanie stereotypów czterema  miliardami złotych. Nie znam się na tym, ale ciągle zdumiewa mnie nasza fascynacja sportem, w którym od lat przegrywamy wszystko z kretesem. To jakby Eskimosi budowali superparkury na konkursy konia wierzchowego, kiedy mają wyniki w wyścigach zaprzęgów psów husky.

Myślę, że jak zwykle żyjemy naszą dumną przeszłością i sukcesem na Wembley 40 lat temu, a nie pytamy, ile kosztować będzie obsługa tych molochów? Jak tam Europa dojedzie? Gdzie zamieszka? Ile meczów będziemy musieli na tych stadionach jeszcze przegrać, aby publika przestała kupować bilety? Co tam wtedy zrobimy? Popisy gladiatorów? Dożynki?

Do trójki najbardziej medialnych wydarzeń w Polsce należy jeszcze oczywiście katastrofa smoleńska. Co Amerykanie o niej wiedzą?

Poza samą katastrofą, prawie nic. Agencje amerykańskie i światowe informowały o przebiegu śledztwa za ITAR-TASS, a nie PAP, bo śledztwo prowadzili Rosjanie. W efekcie większość Amerykanów nie ma pojęcia, że np. czarne skrzynki i wrak samolotu, stanowiące naszą własność, nie wróciły dotąd do Polski – dwa i pół roku po tragedii i dwa lata po zakończeniu dochodzenia.

Kilka dni po katastrofie w Smoleńsku pisałem w “The Huffington Post”, że tragedia będzie wygrana przez Rosję dla celów politycznych i tak się dzieje. Dla Rosji wrak samolotu i tragedia smoleńska stały się środkiem politycznym do destabilizacji sytuacji w Polsce. Dlatego zdjęcia ofiar tragedii w Smoleńsku odnajdują się raptem na portalu na Syberii.

Skłócona Polska to kraj słaby, a słaba Polska jest w interesie Rosji. W Moskwie ułożony jest od dawna scenariusz, w którym polski premier jest słaby. Potrzebuje pomocy i tę Moskwa dostarczy, zwracając wrak, czarne skrzynki w stosownym dla nich momencie, a być może nawet występując z jakąś dodatkową formą ekspiacji, która wzmocni, a może i uratuje pozycję premiera.

Taki wdzięczny Rosji polski premier byłby historyczną kopią króla Poniatowskiego i jego serwilistycznej postawy wobec carycy Katarzyny II i ten scenariusz jest typowy dla sposobu rządzenia rosyjskich elit władzy. Nie tylko Ameryka, ale i administracja Obamy nie rozumieją sposobów myślenia Rosji i obciążeń historycznych Polski, to Obama robi, co może, by walczyć o serca i umysły muzułmanów, a nie Polaków, ale to inny temat.

Pan ma, zdaje się, nie najlepsze zdanie o polskich mediach. Ale czy mówiąc o upadku dziennikarstwa w naszym kraju, nie ma pan na myśli tak naprawdę upadku mediów w zachodnim świecie? Czy media w USA się nie tabloidyzują? Nie ma gonitwy za sensacją i pogodni za zyskiem?

Kto powiedział, że pogoń za zyskiem musi produkować gnioty? Stacja telewizyjna czy gazeta bez zysku upada. Ale w Ameryce zysk generuje tekst, program czy serial telewizyjny, który przyciąga widza, a ten widz ma takie same oczy, głowę i rozum, jak widz w Polsce. Tak powstały generujące milionowe zyski programy newsowe, które usiłujemy nieudolnie kopiować w kraju, publicystyczne “60 minutes” w CBS czy “Larry King Live”, bądź seriale jak “Hell on Wheels”, choć w Polsce znamy tylko stare epizody “CSI Miami”.

Amerykanin, kiedy nie lubi przekazu, przełącza na inny kanał. Tak samo robi już polski widz, który ma już coraz więcej stacji do wyboru, ponad 175 w języku polskim. Dlatego m.in. oglądalność polskich programów leci na łeb. Seriale kończą się klapą po jednym sezonie. Czytelnictwo gazet spada. Wtedy establishment dziennikarski broni się zwalaniem winy na internet i głupiego widza czy czytelnika, który go nie rozumie.

Szukając wyjścia ze spadającej oglądalności, dziennikarz ucieka w tabloid, pogrążając się jeszcze bardziej, bo nie tabloidu oczekuje dziś polski odbiorca tylko dobrego, rzetelnego wartościowego programu, serialu czy artykułu. A tego polski establishment medialny często zwyczajnie nie potrafi dostarczyć.

“Larry King…” i “60 minutes” to jedno, ale kiedy oglądałem Jerry’ego Springera nie miałem wrażenia, że to jest jakaś szczególnie wyszukana propozycja medialna.

Nawet Jerry Springer stwierdził, że produkuje gniota…

A więc na tak wielkim rynku, jak amerykański, i w kraju, gdzie demokracja funkcjonuje już ponad 200 lat, można znaleźć dobre przykłady zarówno na dziennikarstwo na poziomie, jak i na przekraczanie tabloidowych granic.

Dokładnie tak. Zatem nie można wrzucać do jednego worka Larry’ego Kinga i Jerry’ego Springera, bo to jakby porównywać filmy braci Coen i buble komediowe Sandlera. W Ameryce może pan znaleźć przykłady na zaprzeczenie każdego zdania, które pada w tym wywiadzie. Np. tzw. korespondenci ściągają z nagłówków w mediach i karmią tym widza w Polsce. W efekcie ten myśli, że Ameryka to dziki kraj, w którym wszystko wolno. A to jest bardzo dobrze ułożona maszyna, która funkcjonuje według bardzo precyzyjnych reguł, które trzeba znać.

Tak czytam np. o gafach Romneya w Europie i o tym, że Romney strzelił już sobie we wszystko – od stopy po głowę – i przegra wybory. A potem jest debata telewizyjna i okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie. Korespondent wtedy milczy, bo nie wie, co go trafiło. A to tak, jakby pisać dla publiczności amerykańskiej o Polsce, cytując tylko “Gazetę Wyborczą” albo tylko “Rzeczpospolitą”. Musimy widzieć całe zagadnienie i umieć czytać między wierszami.

U nas wolne media mają dopiero 20 lat, na dodatek dożyna nas pełzający czwarty rok kryzys. Co się panu w tych naszych mediach tak nie podoba?

Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. Pomieszanie tematów lokalnych, nieinteresujących krajowego odbiorcę, z ważnymi tematami dotyczącymi wszystkich.

W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć. To wszystko z podstawowymi błędami warsztatowymi, niezbalansowanymi kamerami, fatalną dykcją, błędami fonetycznymi i czytaczami z promptera, którzy mylą się w 30 proc. zapowiedzi.

Przełączam na telewizję śniadaniową i widzę relację z lodowego igloo z prowadzącą Królewną Śnieżką z nogami związanymi w supeł, której jedynym celem jest, by dobrze wypaść. Otwieram gazety i widzę “publicystów” skaczących sobie do gardeł o byle co. Czułem się jak Jack Nicholson w “Locie nad kukułczym gniazdem”.

I co, wraca pan do Stanów, a tu wszystko cacy?

Skądże. Ale jeszcze w samolocie wziąłem na pokładzie do ręki “The USA Today”, największy nakładowo dziennik w Ameryce i natychmiast wiedziałem, co się zdarzyło na świecie, w Stanach.

Była nawet najważniejsza wiadomość z miejsca, z którego właśnie wyjechałem. Napisane prosto, rzeczowo, z pogłębioną analizą eksperta, który wyjaśniał związki przyczynowo-skutkowe w zwartym i krótkim tekście. Obok informacje ze świata nauki i kultury, pisane ciekawie i wcale nie sensacyjnie. Jak są ploty, to interesujące ploty o gwiazdach, które są gwiazdami, a nie jakimiś dzidkami z łapanki zapełniającymi szpalty polskich gazet, których dziennikarze nie potrafią zapełnić żadną rozsądną treścią. Polskie media nie chcą o tym mówić, bo to jakby alkoholik miał mówić o uzależnieniu, przyznając się tym samym do alkoholizmu.

Nie jest tak, że w Polsce nie ma dyskusji na ten temat. Ostatnio kontrowersje wzbudził Grzegorz Miecugow twierdzeniem, że “nieszczęściem mediów jest odbiorca”. Dziennikarz TVN24 sugerował, że za stan, o którym rozmawiamy, odpowiedzialni są odbiorcy mediów, którzy nie poszukują ambitniejszych treści. Z kolei w “Polityce” Mariusz Janicki pisał, że jest to wzajemnie nakręcająca się spirala. Jaka jest pana opinia?

Znam i szanuję Grzegorza, ale musiał być albo zmęczony, albo, jak to on, ironizował. Nieszczęściem mediów rzeczywiście JEST odbiorca, ale dlatego, że jest od tych mediów mądrzejszy. To media ogłupiają naród. Dzieje się tak m.in. dlatego, że na palcach jednej ręki można policzyć dobrych dziennikarzy nie tylko z wykształcenia, ale posiadających wiedzę na tematy, o których piszą i umiejętności, które pozwalają im się wyrazić w interesującej dla odbiorcy formie.

Ma pan zatem piszących, dajmy na to, rolników, lingwistów, elektroników, inżynierów, często nawet z niepełnym wykształceniem, których w latach 90. los wrzucił do redakcji i tam zostali przyspawani do stołków, awansując stopniowo przez migracje po tytułach.

Nie trzeba być z wykształcenia dziennikarzem, żeby ciekawie pisać. Ja jestem po dziennikarstwie i uważam, że to nie są studia, które tego nauczą.

To przykre, ale pewnie ma pan rację. Tylko że nie każdy rodzi się Markiem Hłasko. Ciekawego pisania nie można się nauczyć, ale można sie nauczyć mechanizmów, które rządzą w tym biznesie, co przydaje się później w pisaniu. Jeśli trafi pan na stół operacyjny, to wolałby pan, żeby operował pana chirurg po akademii medycznej, a nie facet ze skalpelem w ręku z dyplomem ogrodnika.

Ja mówię o dziennikarskich osobowościach. Ci ludzie operują na żywej tkance organizmu, jakim jest naród, więc czegoś należy od nich wymagać. Niektóre z tzw. gwiazd polskiego dziennikarstwa potrafią tylko rozpruć temat, wywalić krew na stół i powiedzieć: “kurna, ale jatka”.

Mówiąc o upadku, zakłada się, że był jakiś czas, kiedy było lepiej. Kiedy w Polsce było lepiej, jeśli chodzi o stan mediów?

To ciekawa uwaga. Myślę, że nie było lepiej, ale było inaczej. Sporo dziennikarzy, którzy tworzą dzisiejszy medialny establishment w Polsce, zaczynało w latach 90. Była odwilż cenzuralna i można było wreszcie mówić, co się chce. Wychodzi więc dziennikarka i daje wszystkim popalić. Publika bije brawo. Co za odwaga! I bum – Wiktor za odważne dziennikarstwo. Mijają lata. W polskiej telewizji królują formaty ściągnięte ze Stanów. Obok TVP na rynku istnieją już prywatni nadawcy – TVN i Polsat. Świeżo upieczeni menedżerowie muszą produkować coś szybko i tanio, bo stacje nie mają pieniędzy. Tak polskiego widza zalewa fala reality show…

Czyli ustawiamy kamery i patrzymy, co sie będzie działo…

Tak. I im bardziej wyskokowo, tym lepiej. Publika w Polsce 2000 biła ciągle brawo, ale już zaczynała się krzywić. Nie ma czego oglądać. Wiec znów sięgamy po formaty. W tym czasie, na początku ubiegłej dekady, nie było miesiąca, żebym nie dostawał telefonów z Polski z prośbą o informacje, jaki jeszcze amerykański format jest do wzięcia. Mówiłem, że format tworzy mój kolega, który jest takim samym człowiekiem jak Kowalski nad Wisłą. Żeby wymyślać swoje. “A jakie?”. Zapytał mnie ówczesny dyrektor Jedynki TVP, Sławek Zieliński. – Zróbmy program o gwiazdach – mówię. Ludzie mają dość oglądania zwykłych ludzi pod prysznicem. – Ale u nas nie ma gwiazd – zauważa Sławek. – To stwórzmy je – przekonuję. Siedzę w Los Angeles w kawiarni z dziewczyną polskiego pochodzenia, która trochę modeluje. Zabiorę ją do Hugh Hefnera i załatwię okładkę “Playboya”. Program będzie sie nazywać “Narodziny Gwiazdy”.

To kim była ta dziewczyna?

Nazywała sie Joanna Krupa. Sławek na to, jak to Sławek: “Krupa-dupa – nie interesuje mnie to”. Dwa lata później Ed Miszczak z TVN trafił na format “Taniec z Gwiazdami”. I raptem wszyscy tańczą: najpierw osoby znane. Potem mniej znane. Potem “gwiazdami” zostają tancerze gwiazd z pierwszej edycji. Potem dziewczyny tancerzy. Potem jakiś facet tańczył podobno z miotłą, jako gwiazda, co w sumie na jedno wychodzi.

Niech pan jednak zauważy, że w tym czasie, około 2005 roku, w Polsce rozkwita na masową skalę szybki internet. Powstaje brukowiec “Fakt”. Powstają portale-brukowce jak Pudelek.pl i oni muszą o czymś pisać. Więc piszą o tych wszystkich “gwiazdach” z łapanki. Pamiętam, że założyłem się z Edwardem, że nie będzie kolejnej edycji.

Przegrał pan z kretesem. Było 13 edycji.

Przegrałem. Publika w Polsce łyknęła tę nowość tak, jak przewidziałem to 5 lat wcześniej. Odtąd “gwiazdy” zaczęły nie tylko tańczyć, ale tańczyć na lodzie. Gotować. Podróżować. Śpiewać. You name it. Kiedy dyrektor Dwójki Rafał Rastawicki zaproponował mi prowadzenie programu “Aleja Gwiazd”, zrozumiałem, że jako dziennikarz i politolog z wykształcenia, a scenarzysta z amerykańskiego zawodu, nie mam czego szukać w Polsce. Że przydam się tam jedynie na rozmowę z jakąś polską gwiazdą, której jedynym osiągnięciem jest piąte miejsce w rumbie.

Ale sam pan mówi, że reality TV przyszło ze Stanów. Jak to było w USA, to było dobre, a jak my to wzięliśmy do siebie, to nagle jest złe?

Tak, bo w Stanach rynek telewizyjny miał wtedy 800 kanałów, a polski cztery. Tutaj był to deser, w Polsce – główne danie. Na szczęście internet rozwijał się szybko i rynek medialny też. Najszybciej rozwijał się widz, który zauważył, że się go oszukuje. Że gwiazda nie jest wcale gwiazdą. W komentarzach pod artykułami zaczynają się wtedy pojawiać opinie krytyczne, nieraz w 90 proc. negatywnie oceniające przekaz.

Te negatywne komentarze pisze kilka, najwyżej procent ogółu, który to wszystko ogląda. “Taniec z Gwiazdami” miał ponad 10 edycji, a o sprawie Madzi cały czas ludzie chcą czytać.

I tak wchodzi do gry zjawisko tzw. negatywnej publiczności. W teorii mediów pojawia się w małych rynkach, jak właśnie w Polsce. Tzn. widz ogląda przekaz, ale nie akceptuje treści płynących z ekranu. Ogląda, bo nie ma alternatywy. Dziś w polskich warunkach negatywna publiczność bywa często widownią programów publicystycznych.

Jak w komedii “Blues Brothers” – oglądają program i rzucają w ekran pomidorami, dając upust nerwom. Negatywna publiczność ujawnia się poprzez komentarze internautów w portalach internetowych. Dla portalu liczy się liczba odsłon. O proszę, jak się to ładnie czyta, mówicie i trzymacie tekst na “jedynce”, bo otworzyło go tysiąc czytelników. Otóż nie – przeczytajcie komentarze pod artykułem i wtedy okaże się, że nieraz większość z nich jest negatywna. Widz czyta, ale nie akceptuje treści.

Negatywna widownia jest specyfiką polskiego rynku. W Ameryce, jak widz czegoś nie lubi, klika i nie wraca. Nie naprawia świata, pisząc, że autor jest głupi, a tekst jest do bani. W Polsce ludzie ciągle spalają się w tym, choć i to zjawisko zanika, bo widz zaczyna coraz bardziej cenić swój czas. No i dlatego, że ma coraz częściej jakąś alternatywę.

Czy nie jest tak, że ambitne treści nie zniknęły wcale z mediów, a jedynie nieco się schowały? Jak ktoś chce poczytać reportaże, to ma do tego chociażby książki. W Polsce literatura faktu ma się bardzo dobrze. Ambitnych treści nie brakuje – po prostu one nie trafiają na “jedynki”.

Cale szczęście, że nie zniknęły, tak samo jak na szczęście nie wymarli jeszcze dziennikarze, którzy ciągle mają coś do powiedzenia i mówią czy piszą z sensem. Tyle że o tych “jedynkach”, o których pan mówi, często decydują ludzie, którzy nie zawsze mają przygotowanie i wiedzę, żeby decydować, co tak naprawdę interesuje widza.

Wie pan, jak powstaje nowy serial w Stanach? Idzie pan np. do dyrektora programowego stacji i ma pan 15 minut na tzw. pitch. Ten facet po drugiej stronie biurka wie już po dwóch minutach, czy kupuje, czy nie. Czasami mam wrażenie, że w Polsce menedżer patrzy na projekt programu, jakby zobaczył schemat silnika odrzutowego. Boi się ryzyka, więc woli sięgać po format zagraniczny, bo jak go szef zapyta, dlaczego format nie wypalił, ten odpowie, że np. w Holandii sprzedał się dobrze, tylko u nas widownia jest głupia. W efekcie nie ma nowych twórców.

Seriale od lat piszą ci sami, mimo że nie mają świeżych pomysłów i serial pada po jednym sezonie, bo nikt tego nie chce oglądać. Niech pan popatrzy na skok Baumgartnera. Jeden rzut oka na temat i widać, że to jest samograj. To nie jest skok jakiegoś oszołoma z okna. To jest poważny eksperyment naukowy, który, jak lot na Księżyc, zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Do tego ma wszelkie znamiona telewizyjnego hitu: relacja na żywo. Kamery. Życie lub śmierć. Człowiek i nauka otwierają nowe horyzonty przed ludzkością itd. W TVP to byłaby telewizja misyjna połączona z dużym zyskiem oglądalności. Baumgartner skoczył, ale ktoś w TVP nie zaskoczył…

Jaką widzi pan przyszłość dziennikarstwa w ogóle? 

Rynek medialny powinien regulować rynek, czyli reklamodawca i odbiorca, czyli widz. Tymczasem mam wrażenie, że w Polsce na rynku mediów dominuje model rzymskiego Koloseum. Wychodzi jakiś showman, robi fikołki, a publiczność, jak niegdyś w Rzymie cesarza, a teraz w Polsce Tuska, klika w internecie na “kciuk w górę” albo “kciuk w dół”. Dopiero od niedawna widzimy wreszcie w Polsce prawidłowe reakcje rynku, czyli interwencje reklamodawców.

Kiedy Kuba Wojewódzki z tym drugim klaunem obrażali kobiety, reklamodawcy zareagowali wycofując się z programu. Kiedy indziej sponsorzy “Top Model” wycofali się z reklamowania programu, bo jakiś oszołom macał w nim kobiety po piersiach. Gdyby takie sytuacje zdarzyły się w Ameryce, prowadzący dostałby kopa zaraz po wyjściu że studia.

Tak np. gwiazdor MSNBC Don Imus stracił pracę po tym, jak powiedział o Murzynkach grających w kosza “baby z sianem na głowie”. Firmy pompujące pieniądze w reklamę nie chcą się utożsamiać z kontrowersją, chcą inwestować pieniądze w osobowości i programy pewne, a nie kontrowersyjne, bo te mogą wypalić w drugą stronę i zaszkodzić ich produktowi.

Czyli w Stanach kontrowersyjna gwiazda nie sprzedaje się?

Sprzedaje się, ale np. w Hollywood studio nie tknie produkcji filmu, jeśli nie jest ubezpieczony na rzeczy nieprzewidywalne, jak zła pogoda czy wariactwo gwiazdy. Z kolei ubezpieczyciel nie ubezpieczy twojego filmu, jeśli dowie się, że gra tam nieodpowiedzialny aktor, bo za jeden dzień przerwy w zdjęciach musi płacić 1 mln dol. przy produkcji za 100 mln dol.

Czy wie pan, jaki jest problem z Lindsay Lohan? To świetna aktorka, ale jak robiła film o Liz Taylor wszyscy drżeli, czy się pojawi, czy nie rozbije znów porsche i czy nie zaćpa się w hotelu, bo dla sponsorów koszty postoju produkcji z powodu tych wybryków idą w miliony dolarów. Kontrowersje i pieniądze to dla sponsorów ruletka, ale to się zdarza, tak samo jak są brokerzy Wall Street, którzy ciągle inwestują w junk bonds.

To jak już jesteśmy przy filmach, chciałem zapytać pana, jako scenarzysty, o to, jaki jest pana ulubiony polski serial?

Polskie seriale są słabiutkie, ale jak się ma budżet 100 tys. dol. na epizod, a nie 1,5 miliona dol., jak choćby w Europie, to trudno być Jerrym Bruckheimerem. Z takimi budżetami nie mamy szans przyciągnąć dziś widza. Na “M jak Miłość” zasnąłem, a ciągle ogląda go kilka milionów ludzi z przyzwyczajenia.

Chciałbym zobaczyć nowy “Czas Honoru”, bo to jest wreszcie miniseria, a nie kalki proceduralnych scenariuszy ze Stanów. W Stanach seriale też ogląda się inaczej. Nie zasiada się do tego. Przerw na reklamę jest więcej, ale są krótsze, wiec scenariusze pisze się pod przerwy. Zatem akcja toczy się szybciej i zamyka w jednym odcinku, bo producent zakłada, moim zdaniem mylnie, że dziś widz nie będzie zapisywał w kalendarzu, że ma wrócić za tydzień.

Ciekawym zaprzeczeniem tych reguł był tu “The Killing”, którego zresztą jeden z epizodów reżyserowała Agnieszka Holland. To nie był stricte amerykański produkt, bo import z Danii z antycharakterami, a więc z nieefektowną, wiecznie skwaszoną główną aktorką ubraną ciągle w to samo, a jednak serial miał dobrą widownię. Dla mnie to sygnał, że publika się zmienia na lepsze, w Stanach też.

Próbował pan sprzedać w Polsce scenariusz o Kazimierzu Pułaskim…

Nie. Napisałem scenariusz filmu o Pułaskim dla producenta w Stanach. W Polsce wbrew radom mądrych ludzi poszedłem jedynie z dokumentacją do PISFU po dofinansowanie prac nad scenariuszem, gdzie usłyszałem, że “nikt nie wyda ani jednego dolara na film o Pułaskim”. Na marginesie: PISF to Polski Instytut Sztuki Filmowej. Zaś Pułaski to pierwowzór Kmicica z “Trylogii” Sienkiewicza, której część w reżyserii Jerzego Hoffmana pt. “Potop”, dostała nominacje do Oskara. Go figure.

Próbuję go figure. W jakim sensie żyjący w końcu XVIII wieku w Polsce i USA Pułaski miałby być pierwowzorem chorążego orszańskiego Kmicica? Ja się czuję fanem trylogii i Potop Hoffmana uwielbiam, ale o tym nie wiedziałem …

– Sienkiewicz nie mógł pisać o Pułaskim w czasach carskiej Rosji, bo Pułaski był wrogiem numer jeden carycy Katarzyny II sto lat wcześniej. Więc Pułaski dla pisarza tego okresu, jakim był Sienkiewicz, był inspiracją, symbolem walki z opresją. Takim Wałesą za Breżniewa. Nasi historycy generalnie o tym milczą, ale po 10 latach pracy nad Pułaskim nie ulega dla mnie wątpliwości, że Sienkiewicz przerobił Pułaskiego na fikcyjną postać Kmicica. Szwedzki Potop to okupująca nas wtedy Rosja, szczegóły biograficzne z życia fikcyjnego Kmicica, obrona Częstochowy, banicja itd. są dokładnie takie same jak losy Pułaskiego. W pracach nad scenariuszem przekopałem archiwa w Kongresie, odnalazłem przypadkiem obraz Franciszki Krasińskiej, damy jego serca i “najpiękniejszej kobiety ówczesnej Europy”, który dotąd uchodził za zaginiony, a odnalazłem go w Polsce dzięki uprzejmości i pomocy wielu miłych ludzi z Muzeum Narodowego. Dziesięć lat wcześniej byłem z kamerami w Savannah, kiedy odkopano grób Pułaskiego i moja firma producencka w Stanach ma jedyne zdjęcia kamerowe jego szkieletu pochowane ponownie w 2005 roku. Więc z tych wszystkich rzeczy powstał scenariusz i teraz pracujemy nad pre-produkcją, ale polskiego partnera tu nie ma.

A “Bitwę pod Wiedniem” już pan widział? Większość recenzentów, delikatnie mówiąc, skrytykowała…

Wie pan, Polska to trudny kraj dla filmowca. Widz w polskim kinie jest inny niż w Stanach. Tu jak zapłacisz kilkadziesiąt dolarów na wyjście do kina z dziewczyną, kupisz puszkę popcornu, siądziesz w fotelu i chcesz mieć good time. Nie obchodzi cię, czy orzełek patrzy w stronę drzewca, czy spogląda w księżyc. Film kinowy to jest entertainment.

Cały scenariusz “Titanica” oparty jest na historii, której nie było. Nie było ani naszyjnika Serce Oceanu, ani Rose, ani Jacka Dawsona. W filmie “Braveheart” Mela Gibsona to, co ciągnie za spust scenariusza, to egzekucja prawa Primae Noctis, w którym obszarnik miał prawo do pierwszej nocy poślubnej poddanych. Historia nie zna przypadku egzekwowania tego prawa ani tym bardziej wybuchu powstania z tego powodu.

Film “Patriot” z Melem Gibsonem by nie powstał, gdyby scenarzysta nie podkolorował angielskiego oficera, robiąc z niego rzeźnika, który pali ludzi żywcem w kościele. Historia wojny rewolucyjnej nie zna ani jednego takiego przypadku. Więc nie byłoby filmu, gdyby scenarzysta nie interweniował z tym, co Bernard Shaw nazywał divine intervention.

“Bitwy pod Wiedniem” nie widziałem. Ale od czasu wspomnianego “Potopu” Jerzego Hoffmana niezmiernie trudno jest zrobić cokolwiek porównywalnego w tej kategorii.

To co, wróci pan do Polski zrobić z tym naszym dziennikarstwem i kinematografią jakiś porządek?

Nie. Myślę, że lepiej będzie, jeśli wy przybędziecie tutaj. Jak powiedział John Travolta w “Swordfish” – “Problem z Hollywood jest taki, że produkuje shit”. Więc może nowi twórcy z Polski zrobią z tym kiedyś jakiś porządek. Trzymam za to kciuki.

*Mariusz Max Kolonko – jeden z najbardziej znanych polskich dziennikarzy, prezenter i producent telewizyjny, scenarzysta. Były korespondent TVP i TVN w USA. Od września 2009 publicysta amerykańskiego portalu opiniotwórczego “The Huffington Post“.

Topics: DZIENNIKARSKIE CYMBAŁY, INTERNET, KATASTROFA W SMOLENSKU, KOLONKO W ONET.PL, KULTURA, MEDIA, POLSKI SYNDROM, ROZMOWY Z MAXEM, TELEWIZJA W POLSCE | Comments Off on Jakiś gówniarz mówi mi, jak mam żyć – wywiad Onetu z Mariuszem Maxem Kolonko

Comments are closed.

Max Kolonko Blog designed by ThankU.com
Entries (RSS) and Comments (RSS)