Czy masoni rządzą Ameryką?
By Max Kolonko | March 7, 2010
Mówią, że potajemnie kontrolują Watykan i podaż ropy na rynkach świata. Mówią, że utrwalili swój tajny symbol – pentagram – w planach układu ulic Waszyngtonu…
Mó
wią też, że mają własny język symboli, którymi ostemplowali znane budowle Ameryki i podstawową walutę, jaką posługuje się dzisiejszy finansowy świat – amerykański dolar. Nie wierzysz? Spójrz na symbol niedokończonej piramidy na papierowym dolarze albo plan Waszyngtonu i połącz linijką ulice biegnące do Białego Domu.
Iskry Plonącego stosu…
Przywiązany do pala człowiek po raz ostatni powiódł wzrokiem po okolicy. Wiatr znad rzeki zmierzwił mu długie, siwe włosy, kryjąc grymas bólu, kiedy płomień chwycił się pni i zaczął kąsać mu stopy. Kiedy konał w płomieniach, jego krzyki rozbrzmiewały w bijących dzwonach katedry Notre Dame. Był 18 marca 1314 roku. Umierał ostatni wielki mistrz templariuszy Jacques de Molay. Słowa klątwy pod adresem oprawców, które wykrzyczał w ostatnich chwilach życia, poszybowały z iskrami w niebo i ziściły się, nim minął rok. W czasie polowania króla Francji Filipa IV śmiertelnie poturbował dzik, papież Klemens V zmarł na zaparcie jelit, zaś – według przekazów – w jego trumnę uderzył piorun – paląc niemal doszczętnie zwłoki.
Piątek, trzynastego
Egzekucja kończyła ciąg zdarzeń zapoczątkowany rok wcześniej, kiedy w piątek, 13 października 1313 roku, rycerze Zakonu Templariuszy zostali aresztowani. Dlaczego? Czyniąc długą historię krótką: doszli do olbrzymiej fortuny i wpływów, które zagrażały pozycji Kościoła i ówczesnemu układowi władzy. Odtąd templariusze zeszli do podziemi, kultywując tradycje zakonu. Była nią m.in. umiejętność wznoszenia budowli architektonicznych, które do dziś zadziwiają świat. Wszak mason znaczy tyle, co murarz, w dawnej Polsce mularzem zwany. Tajne loże masońskie spadkobierców templariuszy pojawiły się w Szkocji i Anglii, stamtąd przybyli do tworzącej się ponad dwieście lat temu Ameryki, odciskając na nowej demokracji swe symbole, gdzie się tylko da.
Plan Waszyngtonu…
…przygotował w 1791 roku Pierre L’Enfant z polecenia “sprawdzonego” masona, George’a Washingtona. Jeśli przyłożysz linijkę do dzisiejszego chaosu dróg dystryktu Waszyngton, zobaczysz regularny masoński pentagram utworzony z ulic Massachusetts Ave., Rhode Island Ave., Connecticut Ave., Vermont Ave. i K Street NW z Białym Domem u szczytu. Masoni kładli kamienie węgielne w niemal każdej większej budowli amerykańskiej stolicy m.in.: Kapitolu, gdzie obraduje Kongres, Białego Domu i Monumentu Waszyngtona z wierzchołkiem w kształcie piramidy. Jeśli wybierzesz się na spacer po mieście, zobaczysz symbole cyrkla i węgielnicy na rogach sądów, szkół, kościołów i świątyń, włączając jeden z najwspanialszych zabytków amerykańskiej architektury: Dom Świątyni, zwany Domem Templariusza, siedzibę masonów wzniesioną w 1911 roku.
Historia pokazuje, że masoni mieli zwyczaj projektowania zabudowy amerykańskich miast w geometrii swoich symboli. Plan miasta Sanduski w Ohio z 1818 roku, sporządzony przez masona Kilbourne’a, zawiera również masońskie symbole – cyrkiel i węgielnicę – w układzie ulic.
Masońska trzynastka…
…roku 1313, feralnego dla templariuszy i ich spadkobierców, masonów, jest w ich historiozofii cyfrą magiczną i znaczącą dla funkcjonowania świata stworzonego przez Stwórcę, czyli wg masonów-murarzy: Wielkiego Architekta reprezentowanego przez Wszechwidzące Oko – kolejny masoński symbol widoczny na np. amerykańskim dolarze. Masońska Trzynastka jest znacząca dla funkcjonowania naszego świata, co nie znaczy, że szczęśliwa. I tak: samochód Księżnej Diany uderzył w 13. filar paryskiego tunelu. Statek kosmiczny Apollo 13 nawalił 13 kwietnia. Bombowiec Enola Gay zrzucił bombę na Hiroszimę w Misji Numer nr 13. Papież Jan Paweł II został postrzelony 13 maja. Pechowa trzynastka daje się nam tak we znaki, że w Ameryce trudno znaleźć pokój hotelowy o numerze 13 bądź piętro 13 w windzie. W tym roku Microsoft podał, że nie będzie wersji numer 13 oprogramowania Office. Prosto od 12 programiści przeszli do wersji 14.
Tymczasem spójrzmy na amerykański dolar. Po prawej stronie banknotu jest wizerunek Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych. Widzimy orła, który trzyma 13 strzał i gałązkę oliwną z 13 liśćmi i 13 owocami. Nad głową ma 13 gwiazd, na piersiach tarczę, która ma 13 pasów. Napis: “E Pluribus Unum” (z wielości jedność), to w sumie 13 liter. Napis nad piramidą: Annuit Coeptis, to znowu liter 13. Sama niedokończona piramida ma 13 stopni. W pieczęci Amerykańskiego Departamentu Skarbu, widocznej również na tym banknocie, zobaczysz między wagą a kluczem inny masoński symbol: węgielnicę z 13 gwiazdami. Te mają symbolizować 13 pierwszych kolonii Ameryki. Podobnie jak 13 pasów na amerykańskiej fladze, którą w uroczystościach pogrzebowych składa się w trójkąt… 13 razy.
Nowy porządek świata
Jeśli na Wielką Pieczęć Stanów Zjednoczonych nałożysz heksagram, otrzymasz w jego rogach anagram S-M-O-N-A… albo: MASON. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Wielka Pieczęć sygnowała wszystkie istotne dla biegu dziejów naszego świata dokumenty Ameryki, można pokusić się o teorię, że masoni stemplują nią “Nowy Porządek Świata” – o którym 9.11., nie 2001 roku (atak na WTC), a 9.11.1990 roku mówił w przemówieniu do Kongresu George Bush, ojciec obecnego prezydenta USA G.W. Busha. I jeden, i drugi to masoni. Ci, którzy nie rozumieją uporu Busha juniora w sprawach polityki zagranicznej USA wobec Iraku, nie pamiętają o historiozofii masonów i krucjatach templariuszy przeciw muzułmanom. Jeśli zaś założyć, że masoni rządzą Ameryką, czy rządzą też i światem?

- Światem rządzi pieniądz – zagadkowo odpowiada mi jeden z mistrzów znanej loży masońskiej. Po czym z tajemniczym uśmiechem godnym Giocondy wręcza mi dolara i lupę i zostawia samego w mroku masońskiej biblioteki. Przykładam szkło tam, gdzie wskazał palec Wielkiego Mistrza… i oto w prawym górnym rogu waluty, którą obraca codziennie nasz świat, z “dziupli” nad cyfrą 1 spogląda na mnie miniaturowa sowa – tajemny masoński symbol.
Dwa miesiące temu zadzwoniłem w tej sprawie do Departamentu Skarbu USA. Do dziś nie otrzymałem odpowiedzi, skąd się tam wzięła.
photo:Błażej Sedzielski / ONS
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 1988 roku mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polsko-amerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
The Huffington Post jest największym portalem opiniotwórczym w Ameryce (odwiedza go 22 miliony użytkowników miesięcznie).
W Huffington Post publikują swe artykuły gwiazdy publicystyki USA (głównie liberalne) jak Arianna Huffington, Joe Scarborough, politycy: m.in. Barack Obama, Hilary Clinton, Madeline Albright, John Kerry, Nancy Pelosi, oraz celebrities: m.in. Robert Redford, Mia Farrow, Donna Karan, Michael Moore, Alec Baldwin, Jamie Lee Curtis.
photo:Błażej Sedzielski / ONS
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 1988 roku mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polsko-amerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Topics: KULTURA, MASONI, TAJEMNICE TEMPLARIUSZY | No Comments »
Czy Lech Wałęsa pozwie organizatorów uroczystości 20.rocznicy upadku muru berlińskiego?
By Max Kolonko | December 16, 2009
Tłumaczenie publikacji Maxa Kolonko w The Huffington Post cytowanej przez największy dziennik w Ameryce, USAToday (1.9 mln nakładu).
Lech Wałęsa, były przywódca polskiej Solidarności – człowiek, który zapoczątkował upadek Imperium Zła – rozważa pozwanie organizatorów uroczystości 20. lecia upadku muru berlińskiego do sądu.
Chwilę po tym, kiedy 9 listopada Wałęsa popchnął domino ścian symbolizujaccyh Berliński Mur, Wałęsa 66, zderzył się z poruszającym się na segweyu kamerzystą organizatorów berlińskich uroczystości. Wałęsa, uderzony w plecy przez rozpędzający się, ponad 50. kilogramowy dwukołowiec zachwiał się, złapał za plecy ale nie upadł.
Tydzień później Wałęsa trafił do specjalistycznej kliniki dla VIP w Warszawie. Skarżył się na ból kręgosłupa. Dwa tygodnie później bóle nie ustąpiły. „ Nie mogę wstać z krzesła – Wałęsa poskarżył się polskiej gazecie Super Express. „Jeśli stan mego zdrowia nie poprawi się, pozwę organizatorów do sądu” – powiedział.
W tym tygodniu Wałęsa nieoczekiwanie odwołał wizytę w Londynie, gdzie miał otrzymać honorowy doktorat honoris causa z filozofii Londyńskiego Metropolitan University.
„Wałęsa zrezygnował z wyjazdu za namową lekarzy – powiedziała Liz Walker, przewodnicząca brytyjskiego Stowarzyszenia Polskich Przedsiębiorców i Firm APEC –UK.” Od czasu niefortunnego upadku w Berlinie skarży się na bóle kręgosłupa” – dodała.
Wałęsa twierdzi, że nie czuł bólu aż do godziny 11 następnego dnia , kiedy podczas przerwy na kawę dla laureatow Nagrody Nobla, „nie mógł podnieść się z krzesła”. Organizator berlińskich uroczystości, Kultur Projekte Berlin, twierdzi co innego.
„Podczas pobytu w Berlinie Lechowi Wałęsie stale towarzyszył przedstawiciel organizatora”- powiedziała Simone Leimbach w odpowiedzi na pytania The Huffington Post. „Lech Wałęsa nie skarżył się na żaden dyskomfort i nie prosił o pomoc medyczną”.- dodaje Leimbach. Organizatorzy nie ofiarowali przeprosin dla Lecha Wałęsy za wypadek.
Niektórzy prawnicy zajmujący się sprawami odszkodowań powypadkowych przepytywani na okoliczność tej publikacji utrzymują, że ew. pozew Wałęsy ma szanse powodzenia.
„Zaszły dwie okoliczności” mówi jeden z nich zatrzegając anonimowość. „Pierwsza – doszlo do wypadku udokumentowanego na taśmie, druga – człowiek skarży się na bóle w następstwie tego wypadku.”
Do lekarzy należy decyzja czy doszło do uszkodzenia kręgosłupa. Zródła podają jednak, że lekarze badający Wałęsę w polskiej klinice tydzień po wypadku, nie stwierdzili trwałego urazu u Wałęsy.
Prawnicy twierdzą jednak, że mimo braku trwałego uszkodzenia, nadal możliwa jest kompensacja ofiary wypadku za jej wydatki medyczne, ból i cierpienie.
„Wielokrotnie podczas urazów, zwłaszcza kręgosłupa, pozew ma szanse powodzenia jeśli można udowodnić, że do wypadku doszło i jeśli wiemy, że klient odczuwał ból wkrótce po zajściu – twierdzi nowojorski prawnik specjalizujący się w odszkodowaniach powypadkowych.
Lech Wałęsa nie odpowiedział na zapytania The Huffington Post do czasu tej publikacji. W wywiadzie dla polskiego kanału informacyjnego TVN 24, Lech Wałęsa skomentował gorzko: Na coś trzeba umrzeć.”
Historia pewnej bryły węgla
Lecha Wałęsę zobaczyłem pierwszy raz w 1981 roku. Czasy były trudne, Solidarność poczęta na podstawie porozumień władz komunistycznych ze strajkującymi robotnikami w gdańskiej stoczni, miała zaledwie kilka miesięcy. Polacy byli zmęczeni, głodni i wściekli. Krew narodu Pułaskiego powoli osiągała apogeum wrzenia.
Ludzie się bali, że władza przyparta do muru przez robotników w Gdańsku zrobi jakiś prowokacyjny wygibas, żeby ściagnąć do kraju sowieckie czołgi, które „akurat w tym czasie” odbywały tuż za granicą wojskowe manewry Sojuz 81.
I wtedy stało się – lokalnego działacza solidarności, Jana Rulewskiego, protestującego w miejskim urzędzie w Bydgoszczy, policja usunęła z budynku głową do przodu. Zdjęcie pobitego związkowca obiegło miasto. Ludzie wyszli na ulice.
Mój ówczesny kolega szkolny Radek Sikorski (obecny Minister Spraw Zagraniczncyh Polski) poszedł na miasto z tzw. Bibułą – spisanymi przez nas wcześniej nielegalnymi ulotkami opatrzonymi godłem Uczniowskiego Komitetu Strajkowego solidaryzującego sie z robotnikami, którego stempel wydłubaliśmy z kartolfa (urządzenia drukarskie byly nielegalne, a komunistyczne władze wymagały rejestracji maszyn do pisania).
Ja zaś, poszedłem ukraść węgiel ze szkolnej kotlowni, by zanieść go babci kolegi, która nie miała czym palić w piecu. Wiedzieliśmy z Radkiem, że za jedno i drugie mogliśmy pocałować naszą karierę w Polsce „do widzenia.”
Bryła węgla była ciężka, duża i ledwie weszła do szmacianej siatki. Niosłem ją przez miasto, kiedy gruchnęła wieść: Lechu (jak go wszyscy potocznie wtedy nazywaliśmy) jest w miescie! W istocie – zobaczyłem go wkrótce jak stał na balkonie budynku i przemawiał.
Wałęsa mówił o wolności. Wałęsa – świetny orator – mówił naszym językiem; prostym, emocjonalnym i stanowczym. Mówił o prawach, których nie mieliśmy, życiu, na które nie było nas stać. Prawach do wolności i własności i prawie do godnego życia pozbawionego niegodnego reżimu.
Wałęsa mówił i mówił, a tłum rósł i rósł. Stałem w jego środku jak wryty- nastolatek, z siatką w ręku -słuchając Wałęsy i pierwszy raz w moim krótkim życiu, w ten chłodny marcowy dzień uwierzyłem, że wolność Polski nastąpi.
Gdy Lechu skończył mówić, tłum ruszył gdzieś przed siebie. Szybko rósł w siłę, coraz głośniej skandując Lech Wa-łęsa! Lech Wa- łęsa! Potem raptem stanął. Przed nami formował się zwarty, czarny monolit tarcz ZOMO (paramilitarnych oddziałów policji).
Policyjne pały poszły w ruch. Bronić się nie było czym. Gołe ręce robotników kontra uzbrojone oddziały trenowanych w biciu, dobrze odżywionych protektorów reżimu. Spojrzałem wtedy na bryłę węgla, którą niosłem w siatce i pomyślałem o zmarzniętej babci, która na nią czeka i że w Polsce węgiel nazywamy czarnym złotem.
Wziąłem bryłę węgla w ręce, uniosłem nad głowę i rzuciłem na bruk. Ręce robotników prędko poderwały rozbite kawały. Na ZOMO posypał się czarny grad. Ktoś innny ciskał kamieniami wyrywanymi z podziurawionej ulicy. Tak minął kolejny dzień walki o wolność.
Przypomniałem sobie o tym wszystkim, kiedy popijając martini w moim domu w New Jersey, zobaczyłem w telewizji Lecha Wałęse jak stał na ulicy w Berlinie przed rzędem plastikowych klocków symbolizujacych berliński mur. Bardzo chciałem żeby Lechowi to wyszło.
Jedyne co mnie wkurzało w tym widoku, to ekipa filmowa organizatorów jeżdżąca na segwayu, która co chwilę wchodziła w kadr relacji na żywo zasłaniając Wałęsę. Będąc 20 lat w biznesie produkcyjnym wiedziałem, że mają tzw. sztywną przepustkę, będą blisko wydarzenia, będą włazić wszystkim w kadr i jeśli nie wiedzą co robią, będziemy mieć problem. No i stało się.
Człowiek, którego nie obalił komunizm, groźby więzienia, internowanie, szantaże i polityczne intrygi – 28 lat po tym, jak podrywał z ziemi czarne złoto narodu i rzucał je złu w twarz – zachwiał się. Gdyby wtedy Lechu upadł – no, to byłby news. Ale ja wiedziałem, że nie upadnie. Nie „nasz” Lechu. Tak po prostu musiało już być.
Czy pozew sądowy pogrąży Lecha Wałęsę? Czy charyzma i historyczny image, którym się cieszy, ugnie się pod naporem małodusznych czasów w których żyjemy? Czasów, w których nie walczymy kamieniami i pięściami, a prawnikami i kruczkami, czasów w których ból i cierpienie mają zawsze wartość wyrażoną w pieniądzu? Nie, Lechu nie pozwie. Lech Wałęsa jest większy niż to.
Mariusz Max Kolonko -The Huffington Post
Tekst takze w dziale POLSKA The Huffington Post.
PS. Pełny tekst wyjaśnienia otrzymanego od Kultur Projekte Berlin:
We are of course aware of the fact that President Walesa has undergone a medical examination. During the rest of his stay in Berlin after 9 November, however, throughout which he was also constantly accompanied by one of our colleagues, he did not complain about any kind of discomfort and did not ask for medical help. Only upon his arrival back in Poland a couple of days later did he seek medical treatment. We have certainly been very concerned about this incident and the well-being of President Walesa, but we are in close contact with the Polish Embassy in Berlin and have been assured by them that they, too, have not been contacted by President Walesa regarding this matter and that there will not be any further consequences of this incident. Simone Leimbach
The Huffington Post jest największym portalem opiniotwórczym w Ameryce (odwiedza go 22 miliony użytkowników miesięcznie).
W Huffington Post publikują swe artykuły gwiazdy publicystyki USA (głównie liberalne) jak Arianna Huffington, Joe Scarborough, politycy: m.in. Barack Obama, Hilary Clinton, Madeline Albright, John Kerry, Nancy Pelosi, oraz celebrities: m.in. Robert Redford, Mia Farrow, Donna Karan, Michael Moore, Alec Baldwin, Jamie Lee Curtis.
photo:Błażej Sedzielski / ONS
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 1988 roku mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polsko-amerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Topics: KOLONKO W HUFFINGTON POST, KULTURA, LECH WALESA, MEDIA, POLSKI SYNDROM, RADEK SIKORSKI | 1 Comment »
Spółdzielnia Ucho and Company
By Max Kolonko | October 28, 2009
Zamieszczony w Rzeczpospolitej tekst zawiera tyle ingerencji edytorskich i cenzorskich, że nie jest już właściwie moim tekstem. Poniżej zamieszczam mój tekst w oryginale.
Były agent CIA twierdzi, że potrzeba mu dwóch godzin, by po wylądowaniu w Warszawie otrzymać obraz z komórki każdego polityka w Polsce.
Polak uwielbia podsłuchiwać. Uwielbia też zbierać teczki i gromadzić je w szufladach przetwarzając je na asy wyciągane potem z rękawa. Taką mamy już naturę. My, nasi wschodnioniemieccy sąsiedzi i Rosjanie. Tego uczył nas przez ponad 40 lat aparat PZPR-owskiej władzy rodząc przez kilka pokolen podczłowieka: Homosowietikusa – kreatury niskiej częstotliwości snującej się do dziś nad Wisłą jak wampirowaty opryszek po Bourbon Street z mrocznego hitu Stinga.
Homosowietikus, wyposażony w ubeckie myślenie, jak niewidoczne fale gamma przenika przez nasze społeczeństwo, nasze myślenie, postrzeganie świata, strefę zycia politycznego i dziennikarstwo. Brak precyzyjnej regulacji prawnej zjawiska podsłuchu jako narzędzia usłużnego społecznie i jego przydatność w tasowaniu politycznej koterii w Polsce, sprzyja dziś grupom wyposażonym w odpowiednie środki techniczne do dokonywania podsłuchowego fiku-psiku przy którym Watergate wygląda jak Trabant przy Cadillacu.
Szef jednego ze Sklepów dla Szpiega w Nowym Yorku mówi, że jego najlepsi klienci pochodzą z Europy Wschodniej, Rosji i Polski. Największe wzięcie klientów za byłej żelaznej kurtyny mają osobiste wykrywacze podsłuchów, które – założone przy nadgarstku – ostrzegająco wibrują przy „przyjacielskim” powitaniu z noszącym nadajnik. Potem idą długopisy zapisujące też obraz i dźwięk, kamery wielkości małego guzika w rozporku, okulary słoneczne nagrywające audio i wideo, a nawet patrzące „do tyłu” oraz zegarki na rękę z okiem kamery ukrytym w zerze godziny 10.
Szefom korporacji oferujemy „podarunki” – trojańskie konie: portfele z cielęcej skóry z wprasowanymi nadajnikami i samochodowe breloczki z trakcją GPS (śledząc ruchy szefa korporacji, spotkania i miejsca mityngów możemy poznać zamierzenia firmy).
Panie-Homosowietikus wyposażamy w aparaty-szminki do robienia zdjęć przy robieniu ust i podróbki torebek Louis Vuitton rejestrujące obraz video w roździelczości lepszej niż ta, którą nagrywałem niegdyś telewizyjne korespondencje.
Homosowietikus-gruba ryba otrzyma od znajomego mi szefa dużej firmy antyszpiegowskiej zestaw do zdalnego uaktyawniania kamery w twojej komórce i zamieniania jej głośnika w aparat podsłuchowy. ów były agent CIA twierdzi, że po wylądowaniu w Warszawie, potrzeba mu dwóch godzin, by otrzymać obraz z komorki każdego polityka w Polsce (mam go na taśmie).
Kamera w szmince
Zauważyłem, że gdzieś od czasu afery Rywina, elektroniczny gadżet rejestrujacy fale głosowe stał się niezbędnym atrybutem wielu pnących się mozolnie po szczeblach kariery rodaków. Stąd krzyk protestu samych dziennikarzy w materii ostatniej afery podsłuchowej jest dla mnie niezrozumiały.
Nasi dziennikarze notorycznie rejestrują telefoniczne rozmowy nie powiadamiając o nagraniu. W tym dźwiękowym piractwie króluja tabloidy tłumaczące się potem po sądach z nielegalnie uzyskanych nagrań i walczący o wynik antenowy publicyści różnej maści nagrywający do spółki z politykami haki na polityków, majstrowane w dźwiękoszczelnych gabinetach cieni. Tak dziś oburzone podsłuchiwaniem rozmów przez ABW środowisko dziennikarskie ledwie 3 lata temu nagradzało kolegów z TVN nagrodą Grand Pressu za inscenizacje podsłuchu w pokoju hotelowym posłanki Beger.
Kiedy przyjeżdżam do Polski jestem stale na podsłuchu. Więcej, mam wrażenie jakbym był w jednym wielkim studiu nagraniowym. W hotelu kelnerki nagrywają mnie komórką kręcąc prosto„z ręki”. Siedzącemu w krzakach pod domem paparazzi ofiarowałem ciepłą herbatę, czapkę i 4. gigabajtowa kartę na foty. Nagrywała mnie była sympatia razem z mamą przyciśniętą do słuchawki i koleżanka „celebrytka”, która „grała” mnie tak długo aż zaprotestował pikaniem mikroprocesor ogłaszając wykorzystanie cyfrowej pamięci.
Z jednym ze znanych polskich biznesmenów umawiam się na Nowym świecie i na przystanku, siedząc na ławce i zakrywając usta (gdyby skurczybyki wynajęły głuchoniemych czytających z ruchu warg, czy coś) niczym Joe Pesci i De Niro w filmie Casino, omawiam wyniki piłkarskich spotkań. Nagrywali mnie szefowie telewizyjni w dźwiękoszczelnych gabinetach dyrektorów i sprzątaczki na korytarzach sądów z mikrofonami ukrytymi w miotłach.
Cała koncepcja tarczy rakietowej, zaproponowana nomen omen nam Polakom – specjalistom od podsłuchu- oparta jest na wielkiej spółdzielni ucho instalowanej w wielkich kopułach radomów, które predzej czy później staną u naszych czeskich sąsiadów – Homosowietikusów po kądzieli.
W Polsce Wielki Brat dziś już nie tylko słucha ale także widzi i ma całkiem juz duża Siostrę wyposażoną w markową torebkę z szybkostrzelnym aparatem ukrytym w szmince. I za każdym razem kiedy puszcza do ciebie oko, zapełnia zdjęciem twoją teczkę która ktoś, kiedyś zamieni na asy sypane z rękawa.
Mariusz Max Kolonko – Nowy York
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Topics: KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, MEDIA, PODSŁUCHY, POLSKI SYNDROM | No Comments »
Lot Nad Kukułczym Gniazdem
By Max Kolonko | October 23, 2009
Publikacja w The Huffington Post (czytaj) i Rzeczpospolita (czytaj)
Amerykańska publika, która ma kłopoty, żeby przez pół godziny śledzić wydumany hokus pokus wiedźm z serialu na ABC, Eastwick potrafiła przez 180 minut gapić sie na srebrny spodek dmuchany przez oszołoma z Fort Collins.
Ameryka patrzyła, bo tak naprawdę wszyscy bardzo chcieliśmy, żeby w balonie dryfujacym nad polami hrabstwa Larimer, rzeczywiście było dziecko i żeby po wspaniałej akcji ratunkowej policji, straży pożarnej, myśliwców NORAD i unoszącego się nad wszystkim duchem Steva Fossetta, zrobił się nam happy end.
Kiedy dziecka nie było, poczuliśmy się oszukani, krzyczymy: lipa! i rzucamy teraz popcornem w ekran.
Arianna Huffington z lewa i Laura Ingraham z prawa biją media za to, że 40. latek z Colorado zrobił Amerykę w balona. Nie ma po co winić mediów. Media są takie, jaki jest kraj. Ameryka uwielbia oglądać dzieci głupich rodziców ratowane cudem z opresji.
Pamiętamy 11. latka z Ocean City w Maryland, który minionego lata kopał na plaży tunel tak długo, aż ten się na niego zawalił? Albo 5. latka z Hawthorne w Californii, który zakleszczył głowę ( nie rękę: głowę) w studzience kanalizacyjnej, gdy wpadły mu tam klucze?
A co z cheeleaderką NFL, która tyle nasłuchała się w mediach o ubocznych skutkach szczepionki przeciwko świńskiej grypie, że po zastrzyku dosłownie zacięła się i – jak kukułka- skanduje teraz oskarżenia przeciwko szczepionce?
Wszyscy stali sie bohaterami wieczornych news w Ameryce…Nikt w amerykańskiej prasie jakoś nie pyta: czy niewiarygodna historia nie jest przypadkiem historią niegodną wiary? Albo: gdzie byli rodzice tych dzieci? Nie pyta, bo telewizja edukacyjna się nie sprzedaje. W cenie amerykańskich newsroomów są strażacy z dziećmi w rękach i zwierzęta wyciągane przez ekipy ratownicze z potrzasków. Nieprawdopodobne historie amerykańskich bohaterów zakończone happy endem.
Głowa kukułczego gniazda w Fort Collins dobrze zna te prawdę. Jego „Fort Collins Project” kręcony tanią kamerą przez 11. letniego syna z trzyosbową ekipą produkcyjną miał łączną publiczność równą wysokonakładowej produkcji kinowej. Odkąd srebrny obiekt w kształcie spodka (dlaczego spodka?) zerwał sie mu „przypadkiem” z postronka, rzekomo z dzieckiem w środku, dział PR oszołoma z Fort Collins działał jak dobrze naoliwiona hollywoodzka maszyna wykonując 6 telefonow po zdarzeniu, pierwszy do lokalnej stacji TV, dopiero trzeci na policję.
Bohaterski pilot balonowego programu odbił się od szelek Larry Kinga i obleciał telewizje śniadaniowe Ameryki, gdzie gospodarze do wyrzygania unosili pod niebiosa naszego 6. letniego bohatera, który zupełnie juz ziemsko, rzygał ze zmęczenia na podłogę telewizyjnego studia.
Oszołom z Fort Collins osiągnął swój cel. Dostaliśmy dobry show – nie ma co narzekać. Mniejsza o rzygającego dzieciaka.
Teraz Nowy York najpewniej wprowadzi strefy bezprzelotowe nad miastem dla srebrnych balonów z sześciolatkami w koszach. Administracja FAA poprosi zapewne Baracka Obamę o pakiet stymulacyjny aby wykupić 6 latków z lotów balonowych planowanych przez żądnych sławy rodziców. Będą to też pieniądze potrzebne na pokrycie $2 milionów w kosztach produkcyjnych poniesionych w akcji ratunkowej pustego balonu: dwóch myśliwców NORAD, helikoptera Gwardii Narodowej, policji i zespołów opieki medycznej na lądzie. Z perspektywy Hollywood to jest pikuś.
Jako scenarzysta miałem nadzieję, że ten remake Lotu nad Kukułczym Gniazdem zakończy się w pokoju cheerleaderki. Myślałem, że spojrzy na 6. letniego małego bohatera wynurzającego się ze srebrnego spodka, cudem uzdrowieje i krzyknie: God! Bless! America!
Pewnie następnym razem.
Mariusz Max Kolonko -The Huffington Post
Huffington Post – jest największym portalem opiniotwórczym w Ameryce (odwiedza go 22 miliony użytkowników miesięcznie – prawie 9 milionów miesięcznie tzw. unique users – czytelników w lutym 2009). W Huffington Post publikują swe artykuły gwiazdy publicystyki USA (głównie liberalne)jak Arianna Huffington, Joe Scarborough, politycy: jak Barack Obama, Hilary Clinton, Madeline Albright, oraz celebrities: m.in., Robert Redford, Mia Farrow, Donna Karan, Michael Moore, Alec Baldwin.
Mariusz Max Kolonko – producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1. Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: KOLONKO W HUFFINGTON POST, KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, KULTURA, MEDIA | No Comments »
Ułaskawić Polańskiego? Nie tak szybko…
By Max Kolonko | October 3, 2009
Tłumaczenie publikacji Maxa Kolonko w The Huffington Post, 3 X 2009 CZYTAJ
Kulminacyjna Scena filmu Polańskiego „Nóż w Wodzie” zostawia bohaterów rozdartych na skrzyżowaniu życiowych wyborów. Jest jakąś ironią, że autor tego kultowego dzieła, Roman Polański 32 lata temu dał z podobnego skrzyżownia drapaka. Był to wybór świadomy. Polański zbiegł przed karą. Z punktu widzenia prawa, reżyser „Dziecka Rosemary” stał się uciekinierem, poszukiwanym listem gończym przestępcą odpowiedzialnym w/g osiągniętego porozumienia z prokuraturą za molestowanie seksulane dziecka. W istocie był to gwałt 44. letniego, bardzo utalentowanego filmowca na 13. letniej dziewczynce znęconej obietnicą kariery.
Jest dla mnie niezrozumiałe (jako także polskiego obywatela) że władze polskie mogą angażować autorytet państwa w obronę bądź co bądź słynnego ale w końcu zbiega. Tak bowiem należy rozumieć list szefa polskiej dyplomacji Radka Sikorskiego do amerykańskiej Sekretarz Stanu Hillary R. Clinton, zawierający (jak podają polskie media) prośbę do amerykańskich władz o ułaskawienie Polańskiego. Jest to interwencja na szczeblu ministerialnym, angażująca majestat państwa w sprawę uckieniera przed odpowiedzialnością prawną wymiaru sprawiedliwości obcego państwa za udowodniony czyn karalny.
Czy Polska, będąca w samym środku dyplomatycznej rozgrywki z Ameryką o tarczę antyrakietową, otrzyma Polańskiego w ramach ekspiacji za poświęcony na rzecz Rosjan, rakietowy deal? A może Polańskiemu należy się łaska, bo jak podaje MSZ to „zasłużony reżyser”, którego filmy szef polskiego MSZ lubi?
Jeden z polskich reżyserów Krzysztof Zanussi nazywa 13. letnią ofiarę gwałtu „prostytutką”, którą mama sama wpychała do łóżka.
Czy można usprawiedliwić gwałt na nieletniej, stylem życia w Hollywood? Reżyserzy wiedzą najlepiej, że jak długo będzie istnieć przemysł filmowy, tak długo będą istnieć wannabe aktorki pragnące sławy i kariery. Ofiary jednak często milczą bo wiedzą, że skarga na policję jest równoznaczna z zejściem z aktorskiej sceny.
Anna Aplebaum – żona wspominaniego szefa polskiego MSZ Radka Sikorskiego pisze na stronach The Washington Post, że Polański już swoją winę spłacił opłatami dla prawników i utratą popularności. Polański w 2003 roku nie mógł przyjechać po odbior Oskara- pisze dziennikarka, „nie może rezydować w Hollywood”. Surowość czynu Polańskiego łagodzi, zdaniem pani Applebaum, że ojciec Polańskiego przeżył obóz koncentracyjny w Mathausesn, mama zmarła w Auschwitz, a żonę zabiła mu banda Charlesa Masona.
Nie chciałbym stanąć przed Sędzią Anne Appelebaum. Temida – mitologiczna bogini sprawiedliwości nie nosi w tym larum protestu opaski na oczach. Polański 32 lata temu stanął na skrzyżowaniu swego życia i świadomie wybrał tułaczkę po świecie, unikając wymiaru sprawiedliwości i spodziewanej kary, którą jest prycza w więzieniu w Chino.
Surowości czynu wcale nie osłabia fakt, że „było to dawno”, oskarżony tuła się po świecie. Nieszczęśliwe dzieciństwo powinno uszalachetnić, a nie stać się przepustką do niszczenia życia drugiego człowieka.
Amerykańskie prawo jest prawem precendensu: historią interepretacji litery prawa w odniesieniu do podobnych przypadków w przeszłości i osiągania decyzji wyroku poprzez analogie . Ułaskawienie Polańskiego mogłoby oznaczać, że Ameryka musiałaby zrewidować wyroki maniaków seksualnych siedzących w więzieniach i zaprzestania ścigania tych, którzy dotąd skutecznie unikają odpowiedzialności za swoje czyny.
Swiat pełen jest miłych i zdolnych ludzi, którzy siedzą w więzieniu za błędy, które popełnili na rozstaju swoich dróg. Polski reżyser powinien stanąć przed sądem. Do tego czasu ostatni rozdział tej niefortunnej historii, nie będzie mieć swego końca.
Mariusz Max Kolonko - The HuffingtonPost
The Huffington Post jest największym portalem opiniotwórczym w Ameryce (odwiedza go 22 miliony użytkowników miesięcznie – prawie 9 milionów miesięcznie tzw. unique users – czytelników w lutym 2009)
W Huffington Post publikują swe artykuły gwiazdy publicystyki USA (głównie liberalne)jak Arianna Huffington, Joe Scarborough, politycy: jak Barack Obama, Hilary Clinton, Madeline Albright, John Kerry , Nancy Pelosi, oraz celebrities: m.in., Robert Redford, Mia Farrow, Donna Karan, Michael Moore, Alec Baldwin, Jamie Lee Curtis.
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: KOLONKO W HUFFINGTON POST, KULTURA, MEDIA, RADEK SIKORSKI, ROMAN POLANSKI | No Comments »
Rakietowy Gambit Obamy
By Max Kolonko | September 23, 2009
Jeden z największych szachistów świata, Gari Kasparov w książce „Jak życie Imituje Szachy”pisze, że pierwszym stopniem do opanowania gry politycznej jest rozpoznanie wrogów od przyjaciół – „zadanie łatwe na czarno białej szachownicy ale znacznie trudniejsze w szarej materii polityki.” Teorie Kasparova potwiedza pewien stopień zagubienia, jaki cechuje polską politykę zagraniczną w poruszaniu się po czarnych i białych polach amerykańskiej polityki i co jakiś czas dotykające nas tego powodu bolesne objawienia rezultatów toczącej się gry.
Tak bardzo, jak bardzo ta prawda nas, Polaków boli, Polska jest w tej grze jedynie pionkiem – nie królową -i to w dodatku pionkiem poświęconym w celu uzyskania przewagi: Gambicie Obamy, który można było przewidzieć.
Kandydat na prezydenta, B. Obama zapewniał, że jako prezydent pozostawi tarczę rakietową jako koncepcję obronną USA, o ile będzie to system sprawny. Czy Obama kłamał? Nie. W języku polityki jego wypowiedź zawierała dwa elementy: Tarcza rakietowa pozostanie głównym elementem obronnym USA. Fakt. Drugi człon oświadczenia był warunkowy: kontynuacja systemu w zależności od jego efektywności, zostawiała przyszłemu prezydentowi niezbędne pole manewru w tej kwestii.
Taką samą furtkę zostawił Bush w pakcie Sikorski – Rice o budowie komponentów tarczy w Polsce, wyposażajac umowę w klauzulę „przesuwającą rakiety Patiot z Niemiec do Polski ze 100 osobową obsługą amerykańskich żołnierzy w razie problemów z wdrażaniem koncepcji tarczy rakietowej w Polsce.”
Sekretarz obrony USA, Gates podczas mityngu ministrów obrony NATO w Krakowie, 20 lutego 2009 przypomniał polskim sojusznikom, że „już rok temu (za prezydentury Busha) sygnalizował Rosjanom, że jeśli nie będzie irańskiego programu rakietowego, nie będzie potrzeby budowy silosów dla interceptorów w Polsce”.
11 Lutego 2009, podsekretarz Stanu d/s politycznych William J. Burns przekazał poufny list Obamy do Miedwiediewa. Polski MSZ musiał znać te notatkę choćby dlatego, że treść listu przeciekła do dziennika New York Times: „jeśli Rosja pomoże zlikwidować zagrożenie ze strony Iranu, nie będzie potrzeby budowania sytemu obrony rakietowej w Europie Wschodniej.”
Do tak przygotowanej szachownicy zasiedli dwa miesiące później w Londynie w swym pierwszym spotkaniu Obama i Miedwiediew, dogrywając los polskich instalacji tarczy w spotkaniu w Moskwie. O tym, że Polska podstawiła mocarstwom stolik do powyższej gry pisałem trzy dni później w artykule Polskie Emocje i Amerykański Pragmatyzm, Rzeczpospolita, 5 kwietnia 2009.
Wydaje się mało prawdopodobne, by polski MSZ nie śledził tego dialogu mocarstw toczącego się ponad naszymi głowami. Dlaczego zatem odnieść można wrażenie, że polskie władze sa wrześniowym gambitem Obamy zaskoczone?
A może zaskoczenie rządzących jest elementem swoistej populistycznej gry przed narodem, który tarczy rakietowej nie chce, a jednak, zamiast się teraz cieszyć, krzyczy za polskimi mediami: zdrada! Może lepiej grać w rankingi popularności, a po przegranej partii zwalić wszystko na amerykańskich cwaniaków? Może cena za etykietę wykiwanych jest mniejsza niż cena, którą można by zapłacic, gdyby próbować uświadamiać Polakom, że droga do uznania świata nie wiedzie koleiną utrzymywania mitu Polski jako kraju Misji, kraju Szachowej Królowej, a nie jakiegoś tam pionka w grze supermocarstw? Może czas na polski pragmatyzm i szczerą rozmowę władzy ze społeczeństwem?
Gambit Obamy poświęcił Polskę wobec realnego zagrożenia pierwszym w historii zaczepnym atakiem nuklearnym planowanym na Izrael. Precyzyjniej: groźbą unilateralnego ataku Izraela wobec tego zagrożenia na instalacje irańskie w pobliżu Natanz.
W Jeruzalem nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, gdzie poleci pierwsza rakieta z głowicą nuklarną irańskiego „programu energetycznego” i dla Izreala jest to walka o byt w której mało jest miejsca na kompromisy. Wystarczyło obejrzeć miny polityków na zdjęciach z „przyjacielskiego” spotkania Obamy i Netanjahu w Białym Domu, gdzie w półtoragodzinnej rozmowie w cztery oczy premier Izreala miał uświadomić Obamie kto jest kto i co jest co na szachownicy Bliskiego Wschodu.
Izreal od dwóch lat przygotowuje się do siłowej opcji unilateralnego zlikwidowania instalacji w Iranie ćwicząc nocne loty pilotów do Gibraltaru i z powrotem. Parokrotnie za prezydentury Busha, Izreal starał się o prawo przelotu dla swoich bombowców nad kontrolowanymi przez USAF strefami bezprzelotowymi w Iraku. Bush zgody nie dał bo raz, izrealsko-irańska pukawka na osi Eurazji może mieć nieprzewidywalne konsekwencje międzynarodwe, dwa, jeśli nie byłoby irańskiego zagrożenia nie byłoby potrzeby ustawiania Rosjanom radaru w Czechach do podsłuchu rosyjskich oligarchii finansowych, a temu „tarcza” Busha miała służyć przede wszystkim.
(czytaj tekst MMK w Superexpressie)
Izraelski wywiad, powszechnie uważany za jeden z najlepszych na świecie, sygnalizuje, że Iran jest bliżej posiadania broni nukleranej, niż donoszą o tym raporty CIA. Widać to choćby po niepokoju jaki panuje na osi Eurazji: Turcja ogłasza chęć zakupu systemu obronego SM3 (ponad $ 1 miliard jeden) mając gotowy deal na Patriot Pac-3. Podobnie o system antyrakietowy pukają do producenta (Raytheon) kraje arabskie.
Izreal pracuje od 10 lat nad własnym systemem rakietowym po doświadczeniach z dziurawym systemem Patriot, który nie przechwytywał skutecznie irackich rakiet Scud w 1992 r. Aby uspokoić unilateralne zapędy Izreala Amerykanie wyposażyli w ub. roku izrealską bazę Negev w FBX-T, ruchomy system radarowy firmy Raytheon zdolny wykrywać, szybkość i trajektorię lotu każdego obiektu wielkości bejsbolowej pilki lecący w powietrzu z odległości 4,700 km, ale dla Izrela to za mało. Mało, ponieważ Rosja naciskając na eliminację tarczy, buduje od dwóch lat dla Ahmadinedżada szczelny system antyrakietowy S-300, który odsunie groźbę izrealskiego chirurgicznego ataku na długi czas. To w tej właśnie sprawie, na tydzień przed Gambitem Obamy, premier Izreala pojechał prywatnym jetem milionera Y. Maimana do Moskwy z tajną misją, by zatrzymać gotową już transakcję, grożąc rozwiązaniem siłowym i wymuszając Gambit Obamy.
Rosjanie nie chcą opcji siłowej Izreala z Iranem, m.in. dlatego, że poza możliwością (jak widać skutecznego) przetargu z Ameryką w sprawie eliminacji podsłuchu radarowego w Czechach liczą, że zacieśnienie sankcji na Iran (czwarty eksporter ropy na świecie) podniesie ceny ropy na rynkach i podwoi zyski rosyjskich oligarchów.
GRA śRODKOWA
Trzy systemy SM3 wystarczą do obrony Europy. Kto je dostanie? Obama obiecuje Rosjanom zbliżenie do systemu zbiorowego bezpieczeństwa Europy więc, jak podają źródła, wybór padnie na rosyjską bazę w Azerbejdżanie. Drugi otrzyma Turcja, trzeci Izrael, który deklaruje teraz porzucenie opcji siłowej. Stacja radarowa FBX-T w Izraelu jest już obsługiwana wyłącznie przez Amerykanów, a SM3 broniłby także przed rakietami Syrii i tymi instalowanymi do ochrony baz rosyjskiej floty budowanych w syryjskich portach Tartous i Latakia. Czy, jak zapewniał Sekretarz Obrony Gates, system SM3 otrzyma Polska, stojąc na straży bezpieczeństwa Europy? Czy polski pionek ma jakiś ruch na rysującej się szachownicy?
Gambit Obamy jest wariantem taktycznym. Za rok będzie inny Kongres – za 3 lata, być może, nie będzie Obamy. Tarcza antyrakietowa jest i pozostanie, podobnie jak podpisy na dokumentach sprzed roku. Jeśli jest natomiast jakiś moment na wyjście z symboliki polskiej obecności w Afaganistanie, to chyba jest to dobry czas. Ameryka rozumie logiczne posunięcia. Polski pionek ma jeszcze kilka ruchów lepszych niż wizyty w Białym Domu z kolorowymi folderami Mazur i narodowe szarże nad Potomac, po wizy.
Mariusz Max Kolonko
ps. 1
w drukowanej w Rzeczpospolitej wersji redakcyjny chochlik wprowadził błąd- zamiast cytowanego u mnie Podsekreatrza Stanu ds Politycznych, b. Ambasadora w Rosji, Williama J. Burnsa pojawił się Nicholas Burns Podsekretarz Stanu za rządów Busha.
ps 2
z zupełnie już jednak dla mnie niezrozumiałych powodów redakcja arbitralnie wycięła z przedruku tekstu w RP ważne zdanie:
Gambit Obamy poświęcił Polskę wobec realnego zagrożenia pierwszym w historii zaczepnym atakiem nuklearnym planowanym na Izrael. Precyzyjniej: groźbą unilateralnego ataku Izraela wobec tego zagrożenia na instalacje irańskie w pobliżu Natanz.
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: POLITYKA ZAGRANICZNA USA, POLSKI SYNDROM, RADEK SIKORSKI, TARCZA RAKIETOWA | 3 Comments »
(Jaśnie) Pan Murzyn
By Max Kolonko | August 15, 2009
( tekst powstał w styczniu 2009, publikacja w Rzeczpospolitej 15 sierpnia 2009 . Najczęśiej czytany tekst w Rzeczpospolitej sierpnia i września w rankingu www.rp.pl)
Jakiś czas temu, jako gość programu „Szymon Majewski show”, otrzymałem scenariusz odcinka. Przeczytałem, że obok mnie, w jednej ze scen, pojawić się miał „Pan Murzyn”. Określenie zdziwiło mnie. Wyjaśniono mi, że chodzi o opisanie postaci z szacunkiem. Dlaczego zatem ja sam nie pojawiłem się w scenariuszu jako „Pan Biały?”. Nie było też „Pana Gościa”…
Polskie media nieustannie piszą o „czarnoskórym” prezydencie Obamie, używając rasowego określenia Murzyn wstydliwie. Pomijając fakt, dziwnie uchodzący rzeszom dziennikarzy, że Obama jest Mulatem, powstaje pytanie, czy McCain był kndydatem „białoskórych”? I co na to czerwonoskorzy Indianie?
Mieszkając przez ostatnich 20 lat w Ameryce, przeoczyłem moment, w którym słowo „Murzyn” zaczęło w Polsce denerwować, stało się tabu, dołączyło do słów-chwytów stosowanych przez proponentów globalizacji kulturowej Europy. W ciągu niespełna dwóch pokoleń używający potocznego słowa „Murzyn” przeszli do kategorii nietolerancyjnych Polaków, wręcz rasistów, którzy nie potrafią się odnaleźć w nowoczesnym tyglu współczesnego świata.
Bambo propagandowy
Kiedy w szkole dukaliśmy „Murzynka Bambo” Tuwima na wyrywki, nie wiedzieć czemu, zamiast „uczy się pilnie…”, stale wychodziło mi: „uczy się w Wilnie z pierwszej czytanki…”, więc zawsze dostawałem pałę i nigdy nie wiedziałem, za co. Odtąd obdarzony nieprzewidywalną mocą tajemniczy Murzynek stawał się dla mnie bohaterem dwóch narodów, tak jakby. Marzyłem o nim, pragnąłem go poznać, śnił mi się po nocach… W rzeczy samej w tamtych czasach Murzyn w Bydgoszczy był zjawiskowo tak odległy jak nogi Sophii Loren w autobusie marki Jelcz, który woził nas co dzień do szkoły.
Dzisiejsza młodzież nie wie już, że opanowanie pamięciowe tego wierszyka było dla dzieci w komunistycznej Polsce obowiązkiem, taką legitymacją niezbędną do funkcjonowania w roli przyszłego obywatela wspierającego proletariuszy wszystkich krajów, którzy akurat w tym czasie łączyli się w wysiłku opanowania krainy nazwanej kolorowo przez Szklarskiego Czarnym Lądem.
Sowieci kupowali ten ląd kak idziot: do Gwinei pojechało milion śrubokrętów, pługi śnieżne. Do Egiptu poszły ziły (bez części zamiennych). W Sudanie Chruszczow postawił fabrykę puszek (nie było co/kogo puszkować). Do wyzwalających się spod kolonialnego jarzma afrykańskich krajów w jedną stronę jechała pomoc gospodarcza, w drugą jechali Murzyni. Mieli polubić komunistycznych braci, a bracia przygarnąć ich proletariackim uściskiem. Nie wychodziło to najlepiej.
Najpierw poszło o dziewczyny. Komsomolcy sprawili Murzynom lanie za podrywanie swoich. Murzyn w Moskwie był dla sowieckiej maładioży tym, czym wiele lat później dla polskich nastolatków bawiących u Maxima w Gdyni sypiący zielonymi Mahoniowy Gość. Separatyzm praktykowały sowieckie ambasady w Afryce, stosujące dyplomatyczną zasadę niebratania się z czarnymi.
Wtedy to, aby zapobiec rasistowskim incydentom, w salonach towarzyszy narodził się plan podsunięcia dzieciom promurzyńskiej rymowanki i umieszczenia jej w każdym elementarzu, każdej szkoły.
Tak historii przypasował się Tuwim. Figlarny Bambo od 1957 roku przez następnych 25 lat budził naszą sympatię, uczył i bawił zarazem, przy okazji zamieniając polskie dzieci w piątą kolumnę sowieckiej propagandy.
Kilka pokoleń po tym, gdy Murzynek Bambo zamieszkał nad Wisłą, antyrasistowski w założeniu wierszyk czyta już nowe pokolenie Polaków, ale zupełnie inaczej. Oto sympatyczny Murzynek fiknął koziołka o 180 stopni i maszeruje dziś w pierwszomajowym pochodzie liberalnej rewolucji ze szturmówką tolerancji w garści.
Polack, Murzyn dwa bratanki
Sąd Najwyższy podtrzymał w mocy wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu i oddalił pozew czarnoskórego studenta Samuela Fosso przeciwko wydawnictwu Dobry Humor, które w 1997 roku opublikowało rasistowskie dowcipy o Murzynach” („Gazeta Wyborcza”, 2000).
Tolerancyjne lobby w Polsce zapiszczało, jak rasowa opona powinna: „Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii wyraziło niepokój, że w Polsce nie karze się za lżenie mniejszości etnicznych i religijnych, co świadczy o braku wyczulenia jurysdykcji na problemy rasizmu i ksenofobii”. Wezwano do debaty, ale do niej nie doszło. Samuel Fosso strzelił za wcześnie i ze złej armaty. Udowodnienie szkodliwości społecznej utworu satyrycznego jest trudne prawnie. Wie o tym ponad 10 milionów Polaków w Ameryce, wyśmiewanych każdego dnia w tzw. Polish Jokes, w których główną rolę gra pan Polack.
Ale dzisiejsze protolerancyjne lobby bardziej interesuje dobre samopoczucie paru tysięcy Murzynów w Polsce niż godność ponad 10 milionów Polaków w Ameryce. Ci ostatni zaś, kiedy odwiedzają ojczyznę, coraz częściej potykają się o zręby konstrukcji, którą w Ameryce od lat stawiają kulturowi marksiści, a w której jedną ze sprężyn są Słowa -Katapulty.
„Polack” jest stary jak Ameryka. Termin wywodzi się z nonszalancji, z jaką amerykańska kultura asymiluje i amerykanizuje rodzime etnicznie nazewnictwo, wchłaniając rzesze imigrantów. Polack (zamiast poprawnie: Pole) przylgnął do katalogów urzedników imigracyjnych Ellis Island jako łatwy do wypowiedzenia endonim. Dla na ogół mało obeznanych z geografią Amerykanów Polack to był każdy, kto mieszkał na wschód od Niemiec, gdzie dla wielu w Ameryce kończyła się Europa. W efekcie gdzieś na polskiej, na ogół niewykształconej, imigracyjnej drodze utrwalił się wizerunek amerykańskiego Polaka jako człowieka mało bystrego, „uczciwego poczciwca” obdarzonego prostym sercem i nadludzką siłą.
Jest to wizerunek plastyczny filmowo, zezwalający scenarzystom Hollywoodu na artystyczne fiku psiku, w którym Polack gra na emocjach jak Rusek na akordeonie. Taki jest Stanley Kowalski w sztuce Tennessee Williamsa „Tramwaj zwany pożądaniem”. Ów Polack jawi się w tej klasyce światowej literatury jako prostolinijny, brutalny tępak w zapoconej koszuli i z butelką whisky w ręce.
W filmie „Uciekinier” (The Fugitive) z 1993 r. z Harrisonem Fordem pojawia się scena z poszukiwanym przez policję „chicagowskim Polaczkiem” i jego mamą. On, zamieszany w handel narkotykami, i ona, paplająca po polsku przaśna kobieta, której jedyną pozytywną cechą jest gościnność.
W romantycznej komedii „Rozstanie” (The Breakup) z 2006 r. partnerem Brooke Meyers (Jennifer Anniston) jest Gary Grobowski, chicagowski „Polaczek bez przyszłości”, jak sam o sobie mówi. Jest wielki, prosty i głupi. Lubi futbol i piwo i nie odróżnia Van Gogha od Picassa.
Film „Borat” o amerykańskim korespondencie z Kazachstanu był często odbierany wśród moich amerykańskich kolegów jako film o Polakach (wielu z nich uważa, że Kazachstan to odległa prowincja Polski), zwłaszcza że eklektycznie skonstruowany bohater wtrącał także nasze „jak sie mas” i „dzien dobre”. Odkąd film się ukazał, polskich korespondentów telewizyjnych w Ameryce określa się mianem Boratów, i nie jest to wcale dowcip.
Coś mi się zdaje, że te same dowcipy z podstawionym zamiast słowa „Polack” słowem „czarnuch” (Nigger) czy „żydek” (Hymie) przerwałaby w try miga jakaś komisja ds. tolerancji, posyłając opowiadającego na zasłużony odpoczynek. Taki m.in. los spotkał w 2007 r. Dona Imusa prowadzącego przez 30 lat program newsowo-satyryczny po tym, gdy użył sformułowania „trawniki” (oryg. nappy headed hoes, dosł. k…y z sianem na głowie), komentując na żywo mecz czarnych koszykarek Rutgers University. Stacja CBS zerwała z nim 40-milionowy kontrakt.
Słowa -Katapulty
Parę lat temu w TVP pewien dyrektor powiedział mi przejęty, że właśnie usiadł w fotelu katapulcie, jakim w telewizyjnym żargonie zwykliśmy określać posadę szefa Jedynki. Chodziło o to, że stanowisko to miało niewidzialny uchwyt, za który pociągała co jakiś czas niewidzialna ręka niczym pilot F-16 za dźwignię „eject”, katapultując delikwenta w niebyt.
Otóż w dzisiejszej Ameryce istnieje coś, co określiłbym jako „Słowa-Katapulty”, określenia no-no, językowe tabu, coś, czym za moich czasów na studiach w socjalistycznej Polsce były np. słowa: „solidarność”, „Wałęsa” albo po prostu: „Lechu”, „Wilno”, „gułag”. „Katyń” był superkatapultą (jedynym niekatapultowanym, jakiego znam, był Radek Sikorski, który na fakultecie z historii wygłosił referat „Katyń – sowiecka zbrodnia” i dosiedział w ławce, w jednym kawałku, do dzwonka).
W Ameryce słowa katapulty pojawiły się stosunkowo niedawno. W 2006 roku radiowiec Tim Dorsey stracił pracę, ponieważ mówiąc o aspiracjach Condoleezzy Rice, przejęzyczył się, używając zamiast słowa „coup” (sukces) słowa katapulty „coon” (rasistowsko o Murzynach
– skrót od szop, raccoon). Lista katapultowanych jest długa i obejmuje także tzw. zwykłych ludzi. Parę miesięcy temu w Kansas 22-latek katapultował się ze sklepu sieci Journey po tym, jak pewien Murzyn po awanturze zareklamował buty do zwrotu. Chłopak zwrócił pieniądze wraz z rachunkiem, na którym, zamiast nazwiska klienta, wbił do komputera: „dumb n” (głupi cz[arnuch]). Jak niegdyś SB w Polsce, tak dziś FBI w Ameryce wysłało agenta do zbadania sprawy…
„Do Obamy należy wybór, czy będzie Wujkiem Samem dla ludzi w tym kraju czy Wujem Tomem wielkich korporacji” – powiedział niezależny kandydat prezydencki Ralph Nader w noc wyborczą 2008 roku. Słowem katapultą był tu „Wuj Tom” (Uncle Tom), amerykański kuzyn polskiego Murzynka Bambo. Ponieważ Nader był kandydatem niezależnym, katapulta nie zadziałała, choć liberalne media uznały to za koniec kariery tego polityka.
Wuj Tom to postać z „Chaty Wuja Toma”, XIX-wiecznego bestsellera Harriet Beecher Stowe. Książka stała się symbolem głupoty niewolnictwa, które miłość chrześcijan obalić może . Tak też się stało w Ameryce mniej niż dekadę później. Ale dziś Wuj Tom to rasistowskie określenie Murzyna wysługującego się białym. Rasowy epitet, którym obrzucało się dwoje murzyńskich (sic!) delegatów na konwencji Partii Demokratycznej w Denver w sierpniu 2008 r. za popieranie Hillary Clinton.
Kulturowe baby boom
Wuj Tom, jak nasz Murzynek Bambo, niepostrzeżenie fiknął liberalnego koziołka, służąc do budowy dziejowej katapulty, którą ustawiło w Ameryce pokolenie powojennego wyżu demograficznego lat 60. o nazwie Baby Boom Generation.
W latach 80. pokolenie baby boom – ponad 70-milionowa armia rozpuszczonej młodzieży, która jeszcze kilkanaście lat wcześniej, napruta narkotykami, taplała się w błotach Woodstock – zasiadało już rozparte na wygodnych posadach na amerykańskich uniwersytetach, w sądach, władzach miejskich, komitetach osiedlowych i redakcjach gazet, jak Ameryka długa i szeroka. Teraz celem ataku były już nie tradycje i kulturowe status quo, lecz narodowe ikony.
Z gmachu sądów niknęły tablice z dziesięcioma przykazaniami, dobrowolne czytanie Pisma Świętego zostało uznane za sprzeczne z konstytucją. W 1992 roku zakazano jakichkolwiek modlitw podczas matur. W 2000 roku studentom zakazano odmawiania modlitwy przed futbolowymi rozgrywkami. Jeden z największych prezydentów kraju – George Washington (właściciel niewolników) – stał się słowem-katapultą.
W 1992 roku opracowano nowe standardy nauczania dzieci w klasach 5- 12. Stworzono obowiązującą do dziś listę zakazanych ilustracji, których w publikacjach szkolnych należy unikać: czarne sprzątaczki, Indianie z pióropuszami na głowach, Meksykanie na osłach, Chińczycy na polach ryżowych, Japończycy z aparatami fotograficznymi. Azjaci nie mogą mieć na rysunkach skośnych oczu bądź pojawiać się z widokiem pralni w tle. Żydzi nie powinni być pokazywani jako złotnicy, dentyści, prawnicy, kupcy. Itd.
Baby boomers podważyli także amerykańską tradycję literacką. „Przygody Huckleberry Finna”, książka Marka Twaina, o której Hemingway powiedział, że wywodzi się z niej „cała współczesna literatura Ameryki”, znika dziś z lektur szkolnych w Ameryce. Powodem jest postać Jima, Murzyna, niewolnika zbiega. „Każdy nauczyciel próbujący użyć tego śmiecia na naszych dzieciach powinien być wyrzucony (czytaj: katapulowany) z pracy na miejscu” – powiedział o dziele czarny pedagog John Wallace („New York Times”, 1996).
I nie będzie już nikogo
Mark Twain posłużył się w książce klasycznym językiem Missisipi lat 40. XIX wieku. Rasowy termin „Nigger” (czarnuch, z łac. niger, czarny) sypie się tam często, choć w czasach Twaina nie miał jeszcze konotacji, jaką ma dziś. Amerykańska proweniencja słowa „Nigger” ma te same źródła co rasistowski endonim „Polack”, będąc fonetycznym zapisem błędnie wypowiadanego słowa, powszechnie używanego przez białe południe Ameryki – „Negro”, na określenie Murzynów, słowa używanego także przez Martina Luthera Kinga.
„Czarnuch” pojawiał się u Dickensa i Conrada („The Nigger of the Narcissus”, 1897). Jest też u Agathy Christie – „Ten Little Niggers” w Polsce ocenzurowanych w tytule do „Dziesięcioro Murzyniątek”, choć powinno być właściwie: „Dziesięcioro Czarnuszków”. Tytuł, zaczerpnięty z dziecięcej wyliczanki XIX-wiecznego Tuwima Ameryki Septimusa Winnera „Dziesięciu Indiańców”, wypiekał się w liberalnym piecu długo, ewoluując od czarnuchów, Indian, poprzez żołnierzyków, kończąc na bezpiecznym, choć nieprawdziwym historycznie tytule: „I ( wtedy) nie było już nikogo” (And Then There Were None), stanowiącym nomen omen ostatnią zwrotkę wyliczanki, w której bohaterowie unicestwiają sami siebie.
„Czarnuch” Twaina katapultował wspaniałe dzieła „ojca amerykańskiej literatury”, jak mówił o nim Faulkner, na czarną (nomen omen) listę cenzury. Jak podaje zestawienie American Library Association, „Przygody Hucka Finna” jest dziś w czołówce najczęściej atakowanych książek w Ameryce. (obok: „1984” Orwella, „Przeminęło z wiatrem” Mitchell i „Przygód Tomka Sawyera” tegoż Twaina).
W 2007 roku rada miejska Nowego Jorku wydała rezolucję (na razie symboliczną) zakazującą użycia słowa „Nigger” (czarnuch) w metropolii nowojorskiej. Rezolucja proponuje także, aby utwory muzyczne używające tego słowa zostały wyłączone z pretendowania do nagród Grammy. Zalecenie eliminuje praktycznie 90 procent dzieł raperów, dla których „czarnuch” jest powszechnie stosowanym przecinkiem uwielbianym przez rzesze białej młodzieży pokolenia X (dzieci baby boomers), aspirujące do rapowej popkultury choćby narzuconym sobie dobrowolnie przydomkiem „Wiggers” (White Niggers – Białe Czarnuchy).
Kulturowy marksizm zakładał, że tak jak zachodnia kultura stworzyła kapitalizm, tak upadek zachodniej kultury obali kapitalizm. Najistotniejszą misją socjalizmu – pisał Gramsci – jest „przejęcie kultury”. 50 lat później w Ameryce, niepostrzeżenie, ów akt się wypełnia. Milan Kundera w „Księdze śmiechu i zapomnienia” pisze, że pierwszy stopień w likwidacji mas ludzkich to wymazanie ich pamięci. Bambo Tuwima czy Czarnuch Jim Twaina to niejedyne klejnoty wymazywane ze zbiorowej pamięci narodów.
Tak jak w ideologii komunizmu-socjalizmu Murzyn służył do ekspansji politycznej, tak w ideologii liberalnej Pan Murzyn staje się z pozoru nieistotnym trybikiem maszyny, której mechanizm rabuje narody z przeszłości jak złodziej ogałacający o zmierzchu wnętrze katedry – kradnie po cichu tradycje, wiarę, krzywdy, grzechy, prawdy, zwyczaje, historię, religie i to, co każdy naród ma najcenniejsze: pamięć. A kiedy ona zniknie, to – trawestując Agatę Christie – „nie będzie już niczego”. Pan Murzyn zrobił swoje. Może odejść.
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, KULTURA, MURZYNI, POLSKI SYNDROM | 4 Comments »
Globalne ocieplenie – największy szwindel naszych czasów
By Max Kolonko | July 30, 2009
OCIEPLENIE – NAJWIęKSZY SZWINDEL NASZYCH CZASóW
„Ocieplenie groźniejsze od bomby atomowej”, straszy Pani Marta Smigrowska i Koalicja Klimatyczna w liście do redakcji Rzeczpospolitej . Podobnie straszą w Ameryce ekolodzy (jak napisałem w artykule Globalne ocieplenie czy globalna ściema?) pokazując nam białe niedźwiedzie taplające się w topniejących lodowcach Alaski, zaś drugą ręką przepychają w Kongresie ustawę, „która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w każdą dziedzinę życia obywateli”.
Strategia strachu, jedna z cech liberalnego myślenia, jest dziś w modzie i służy przewalaniu interesów politycznego lobby, interesów, których niezastraszone społeczeństwo inaczej by nie przyjęło. List polskich ekologów niestety potwierdza sprzężenie relacji ekologia – liberalne myślenie, sprzężenie dla obu stron korzystne ale dla społeczeństwa równie niebezpieczne, co emisja zanieczyszczeń dla środowiska.
STRATEGIA STRACHU
Strategia strachu jest w politycznej modzie na obu półkulach. W Ameryce jest to motto numer jeden administracji Obamy. Czy pamiętamy: „cała gospodarka się zawali jeśli nie wpompujemy pieniędzy społeczeństwa w ratowanie upadających banków” (Geithner – Sekretarz Skarbu). Nie starcza mi miejsca i siły by pisać tu o mrocznych interesach firm i sieci politycznych powiązań, że wspomnę choćby firmę Goldman Sachs, której przedstawiciele krążyli jak sępy wokół naszych (społeczeństwa) pieniędzy i je, rzecz jasna, od Obamy dostali.
Czy pamiętamy, jak szefowie koncernów samochodowych z Detroit straszyli na przesłuchaniech w Kongresie: jeśli nie dacie pieniędzy na ratownie motoryzacji, przemysł samochodowy upadnie? Pieniędzy w zasadzie nie dano. Przemysł nie upadł.
A inne straszaki: „nuklearna zima” za Reagana? Y2K za Clintona? Katastrofa Maltuzjańska XVIII wieku? I co? Nic.
Mnie nie chodzi o to, droga Pani Marto, czy sto lat temu lodowce topniały wolniej niż teraz i czy misie pływają dziś po Arktyce zamiast chodzić po krach. Możemy się licytować danymi preparowanymi na potrzeb poparcia argumentów jednej czy drugiej strony w nieskonczoność. W Ameryce ekologiczne lobby wspierają liberalne media, których czołowy reprezentant, New York Times udostępnia łamy takim proponentom klimatycznej ustawy, jak noblista Krugman. Biuro Budżetu Kongresu oblicza, że koszt ustawy klimatycznej wyniesie amerykańską rodzinę $175 ale już analizy The Heritage Foundation szacują go na $2,979.
Istotny jest tu mechanizm zjawiska w którym chodzi o kontrolę i kasę społeczeństwa, któremu przedstawia się apokaliptyczną wizję zagłady świata, posługując się badaniem modelowym majstrowanym na zlecenie polityków w uniwersyteckich laboratoriach.
Naukowcy chcą byc ważni….Oczywiście! Przecież za to biorą pieniądze, a ekologia to jedna z nielicznych współcześnie dziedzin, których przedstawiciel w warunkach kryzysu, nie traci pracy na rzecz murarza, którego potrzebuje właśnie walący się bez remontu dom.
Mój artykuł „Globalne ocieplenie czy globalna ściema” traktuje o największym szwindlu współczesnej historii dokonywanym w imię ochrony środowiska, w którym społeczeństwom przystawia się spluwę do głowy i mówi: jak nie dacie na środowisko to palniecie sobie w głowę… To ja już, droga Pani Marto, wolę umrzeć od atomu.
KTO JEST KTO I CO JEST CO
żeby była jasność: popieram ochronę środowiska. W moim hrabstwie (county – count to hrabia, a Ameryka z anglosaskiej tradycji się wywodzi) w Bergen, uchodzę za wojującego ekologa, zaś moja ostatnia walka o okoliczne drzewa trafiła na łamy amerykańskich gazet (okładka dziennika Suburbanite, lato ub. roku). Martwi też mnie, że pamiętam śnieg w dniu Swięta Zmarłych, kiedy byłem dzieckiem w Polsce, a dziś go tam nie widać. Ale wiem także, że od 20 lat nie było w Nowym Yorku tak zimnego lata jak teraz, kiedy domu nie musi chłodzić klimatyzator.
Mimo to rząd Obamy nie zmusi mnie do malowania dachu mojego domu na biało, żebym redukował efekt cieplarniany czy rezygnacji z Cadillacka Escalade pożerajacego galon benzyny co 12 mil, choćby dlatego, że koleżanka po kraksie Mini Coopera przed miesiącem, do dziś nie wyszła ze szpitala. Sam zaś – proszę mi wybaczyć – bardziej sobie cenię moje zdrowie niż żywot najpiękniejszego nawet włochatego misia na Alasce, którego zresztą chętnie jąłbym się odtruwać. Najpierw jednak wolałbym zobaczyć czołowego propagatora straszaka Globalnego Ocieplenia – Ala Gora, jak rezygnuje z przelotu swoim jetem, który emituje kilkaset razy więcej spalin do atmosfery, niż moj SUV-przestępca.
Walka o ustawe klimatyczną jest walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd”, piszę w artykule.
Co na to polscy ekolodzy? że w Ameryce biją Murzynów? No prawie: „Jakie mogą być „osobiste wybory” obywateli krajów Trzeciego Świata (martwi się Pani śmigrowska) już teraz wyjątkowo mocno dotkniętych zmianami klimatu? Być może, w obliczu nasilających się klęsk żywiołowych i niemożności zaspokojenia podstawowych potrzeb, mieszkańcy krajów rozwijających się „osobiście wybiorą” migrację do krajów rozwiniętych – USA, Europy, w tym Polski.”
Pani Marto, proszę sie nie martwić wyborami mieszkanców Krajów Trzeciego świata, bo to jest ich problem, nie nasz. Czy mieszkańcy Boliwii czy Meksyku mają dwie lewe? Czy ich mózgi są inaczej ustawione od przedstawicieli cywilizacji zachodniej? Co im przeszkadza w realizacji Mexican Dream czy Peruvian Dream i dlaczego jest on tak odmienny od amerykańskiego? Straszy pani, że przyjdą nam pod dom, głodni z nieekologicznym piecykiem? Czy mamy się dać zastraszyć złodziejowi oddając mu profilaktycznie co miesiąc portfel, żeby nas nie okradał?
W Ameryce nie oddaje się złodziejom portfeli, zaś dla amatorów łatwego chleba budujemy graniczny mur. Tu bierze się sprawy w swoje ręce zaś potrzebującym pomocy pomaga się, jak śpiewał Paul Simon, „by pomogli sobie samym.”
Ale kłopot z liberalnymi ekologami jest właśnie taki, że chcą narzucić swą wolę ludziom, którzy nie tylko, że nawet o ich istnieniu nie wiedzą, co niekoniecznie tej pomocy oczekują. Proszę pójść do domu ubogiego mieszkańca Peru i zacząć mu zmieniać piecyk na elektryczną grzałkę, a dostaniecie łupnia maczugą.
Powód, dla którego Prezydent Bush nie podpisał protokołu z Kyoto polega na tym, że kraje rozwinięte nie będą w stanie dokonać planowanych redukcji emisji zanieczyszczeń bez udziału Krajów Trzeciego świata, co potwierdzono także na konferencji pod patronatem Narodów Zjednoczonych (UNFCCC) w Poznaniu w grudniu 2008. Trzeci świat zaś nie robi nic w tej sprawie, bo ma inne, egzystencjalne, problemy na głowie. Z tych powodów jednakże Trzeci świat nie może dyktować warunków w jakich funkcjonować będzie największa gospodarka świata. Takie jest stanowisko Ameryki. To dlatego protokoły z Kyoto Ameryka wrzuciła do kosza i chwała jej za to. Amerykanie wcale nie są w tym myśleniu odosobnieni.
Minister środowiska Indii oswiadczył Hilary Clinton w czasie ostatniego szczytu G8, że Indie nie przyjmą limitów zanieczyszczeń bo ograniczy to ich wzrost gospodarczy. Na podobnej zasadzie okoniem stoją ekologom Chiny, bo Mr. Ping Pong w Pingliang ma głęboko w nosie czy mu komin dymi, czy nie, byleby wpiekał się chleb.
Ale nasi ekolodzy w swym liście do redakcji znów wykazują się liberalnym myśleniem opartym o koncepcję strachu: białe niedźwiedzie maszerują już teraz ramię w ramię z biednymi z Krajów Trzeciego świata. Zobaczmy zatem, kto jeszcze maszeruje w tym „ekologicznym” pochodzie…
PRZESTęPCY Z WALL STREET
W liście polskich ekologów czytamy: Ostatecznie wątpliwości pana Kolonki (proponuje nieodmiennie: Kolonko – nazwisko jest moją własnościa, jak mój samochód i chcę je traktować nieodmiennie, jeśli pani pozwoli) rozwiać powinien raport „Reducing U.S. Greenhouse Gas Emissions” firmy McKinsey – jednej z najważniejszych firm doradczych świata, gdzie stwierdzono, że stabilizacja stężenia gazów cieplarnianych….gadu, gadu, gadu…
Mnie wystarczy nazwa firmy. Mc Kinsey…ów spuperduper doradca, kojarzy się w Ameryce nieodparcie ze skompromitowanym Enronem, firmą, którą „specjaliści” Mc Kinsey oskubali z milionów dolarów w opłatach za rady, które doprowadziły do jednej największych bankrupcji finansowych przedsiębiorstwa w historii Ameryki. Cytowany przez polską Koalicję Klimatyczną ekspert, firma Mc Kinsey, zatrudniała takich „ekspertów” jak były szef Enronu Jeff Skilling, który znał się na ekologii o tyle, że miał brata meteorologa i zawsze przepowiadał pogodę akuratnie czytając ją z ruchu chmur. Proszę sprawdzić u źródeł w więzieniu federalnym w Colorado, gdzie ów wasz „ekspert” odsiaduje karę 24 i pół roku pozbawienia wolności za całoksztalt swej działaności.
Firma Mc Kinsey znana jest także z tego, że przerobiła system ubezpieczeniowy w Ameryce poczynając od lat 80. poprzez zaniżanie wartości odszkodowań oparte na strategii 3 razy O: opóźniania, odmawiania i obrony wypłat. Z tego powodu firma widnieje wśród oskarżonych przez ofiary huraganu Katrina, który nb. polscy ekolodzy tak skwapliwie cytują w swym liście jako efekt globalnego ocieplenia.
CO MA PIERNIK DO WIATRAKA
Przykro mi, ale cytowane w liście polskich ekologów kataklizmy klimatyczne ostatnich lat (Huragan Katrina) mają w istocie tyle wspólnego z postępującym ociepleniem co trąba powietrzna z tubą.
W książce Odkrywanie Ameryki piszę o jednej z pierwszych europejskich kolonii w Ameryce, Jamestown, którą w 1609 nazwano Kostnicą z racji suszy, która dziesiątkowała kolonistów, a co skwapliwie opisał w swych dziennikach Kapitan Smith „w którym indiańska piękność Pocahantes kochać się miała”. Zapis w pamiętnikach Smitha przesunąłby zatem zjawisko szuszy o kilka wieków wstecz, psując szyki polskim ekologom ukazującym współczesne nam kataklizmy jako wynik zmian klimatu. Jako dziecko pamiętam także na lekcji religii Księgę Rodzaju z opisem potopu…no, wtedy lało solidnie przez 40 dni i nocy. Zjawisko potwierdzone w różnych tradycjach religijnych udokumentowałoby fenomen powodzi kilka tysiącleci wcześniej niż cytowany w liście ekologów kataklizm huraganu Katrina. Dr William Gray największy bodajże ekspert od huraganów wyliczył, że mieliśmy więcej huraganów w pierwszej połowie XX wieku niż w ciągu ostatnich 50 lat.
W pochodzie świadków ocieplenia zestawionych przez naszych ekologów maszerują też wojskowi. ściślej: (istotna różnica) emerytowani wojskowi, jak cytowany w liście generał Tony Zinni, który jak podają ekolodzy w liście, ostrzegał, że „juz wkrótce poniesiemy militarne koszty zmian klimatu. Będą straty w ludziach.”
Wojskowi pamiętają, że Globalne Oziębienie odpowiada za uratowanie ludzkości w sensie jakim ją znamy, gdyż to surowa zima właśnie, zatrzymała trzy armie nacierające na Rosję: szwedzką w 1708, napoleońską w 1812 i hitlerowską w 1941.
Wszyscy ale nie Zinni. Może dlatego, że wojskowym już nie jest. Były szef Centcomu (U.S. Central Command) od lat nie utrzymuje się z rządowych pieniędzy, a z pieniędzy prywatnych biznesów. W czasie, gdy w kwietniu 2007 przygotowywano 35. stronnicowy raport emerytowanych wojskowych, obywatel Zinni miał już przygotowany kontrakt z DynCorp, gdzie od lipca 2007 rozpoczął pracę.
Czym zajmuje się DynCorp? Prywatny kontraktor wojskowy, jeden z głównych kontraktorów w Iraku, który 95% zleceń czerpie z rządu (w tym konrakt na $1 mld(!)za trening irackich policjantów). Jakich jeszcze kontraktów? Och, na przykład… pomoc ofiarom huraganu Katrina. śmiechu warte? Podobnie jak opinia innego emerytowanego wojskowego „eksperta” z cytowanego raportu, byłego Generała Paula Kerna, który straszy (ojej, znowu?) „zwiększeniem imigracji z Meksyku w wyniku kurczenia się zasobów wodnych kraju z powodu suszy”. O rany! A ja zawsze myślałem, ze za bałagan imigracyjny z Meksykiem odpowiada „huragan Bill” (Clinton)…
W 2001 roku wspomniany Dyncorp byłego generała Zinna, a obecnego opiekuna środowiska, oskarżony został przez ekwadorskich farmerów o zniszczenie środowiska i pól utrzymujących 10 tys. ludzi w wyniku nieprawidłowego stosowania herbycidów, niszcząc środowisko w rejonie przygranicznym.
Przyjrzyjmy się jednak, któż to taki zasiada w Zarządzie Dyncorp, gdzie pracuje były generał Zinn? Znamy tam kogoś? Od 1988 do 97 roku główne skrzypce grał tam Herbert(Pug) Winokur. Zaraz, zaraz…czy to nie ten sam Winokur, który trzymał finanse wspomnianego już bankruta Enronu? Idźmy dalej tym tropem…gdzie jeszcze pojawia się ten kolega byłego generała, a dzisiejszego zwolennika ochrony środowiska, obywatela Zinna? Okaże się wtedy, że Winokur jest także szefem Capricorn Investment Group. Brzmi znajomo? Nic dziwnego. Jak pisałem w moim artykule Globalne Ocieplenie czy globalna ściema, fundusz Capricorn Investment w ekskluzywnym Greenwich w Connecticut założył tworca Ebay, Jeff Skoll partner inwestycyjny naszego ulubieńca ochrony środowiska, Ala Gora, który sfinansował filmowe „arcydzieło” byłego viceprezydenta pt. Niewygodna Prawda, a w którym to funduszu sam Al Gore zainwestował $35 milionow zielonych, dorabiając się dziś fortuny szacowanej przez Fast Company na $100 milionów.
KOALICJA ROZSąDKU
Mógłbym długo opisywać korporacyjne macki powiązań ekologów i zwolenników zielonego lobby ze światem twardego, bezwględnego biznesu, przy których przewały rozdziny Soprano wyglądają jak bajki dla dzieci.
Dlatego tym bardziej robi mi sie smutno, kiedy prawdziwe ludzkie zaangażowanie w ochronę przyrody i świata w którym żyjemy, jakie z pewnością polscy i ekolodzy świata reprezentują, zostaje uprowadzone przez grupę grających w golfa, wyposażonych w czarne karty kredytowe cwaniaków, mających wystarczająco dużo tupetu i środków, żeby dyktować nam, zwykłym ludziom pielęgnującym drzewa w ogródku, jak mamy żyć.
Ludzie ci chcą nas skłócić, zastraszyć, zepchnąć do narożnika dyskusji i wytykania sie palcami i zrobić to szybko, forsując swoje wersje ustaw klimatycznych, zanim połapiemy się, że tak naprawdę stoimy po tej samej stronie szlachetnych intencji, zjednoczeni celem ochrony naszej planety. A wtedy byłoby z nimi krucho.
Tymczasem, jak w piosence Cohena, „W Nowym Yorku jest zimno. Poza tym, w porzadku.”
Mariusz Max Kolonko
Nowy York
http://www.maxkolonkoblog.com/
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, SCIEMA OCIEPLENIA | 12 Comments »
Globalne ocieplenie czy globalna ściema?
By Max Kolonko | July 14, 2009
czytaj w Rzeczpospolitej
Barack Obama, przekonał Izbę Reprezentantów do przegłosowania ustawy klimatycznej. Ameryka emitować ma o 17% mniej dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych do 2020 roku, a do połowy tego stulecia aż o 83% mniej niz teraz. Brzmi dobrze? Jedynie na papierze.
Amerykanie boją się wszędobylskiego rządu, ale tradycyjnie wspierają ochronę środowiska. Demokraci pokazują zatem Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a drugą ręką przepychają unilateralnie (bo tylko 7 Republikanów glosowało za ustawą) przez Kongres ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli.
Białe dachy w zamian za białe niedźwiedzie
Analizy The Heritage Foundation wykazuja, że nowa ustawa kosztować będzie przeciętną rodzinę amerykańską $2,979 rocznie więcej w energopochodnych wydatkach i to jest dopiero początek problemów.
Ustawa klimatyczna reguluje energię. Koszt energii decyduje o kosztach utrzymania i stylu życia Amerykanów, od wyboru samochodu po cenę kubka kawy. Do widzenia ulubione, bezpieczne kolosy SUV, bye-bye „umięśnione auta (muscle cars) wyrywające setkę w kilka sekund. Witajcie nielubiane w Ameryce, bezpieczne dla środowiska (ale nie dla ludzi) samochodziki wyciskające 40 mil z galona benzyny.
Chcesz sprzedać dom? W myśl ustawy klimatycznej twój dom musi być o 30% bardziej energooszczędny niż obecnie. Zanim więc przyjdą chętni, wpadnie inspektor, który oceni, czy twój dom spełnia wymogi. Jeśli nie, wstaw nowe okna, zainstaluj biały dach odbijajacy promienie słoneczne (propozycja Arta Rosenfelda członka Komisji Energii Californii) i koniecznie zainstaluj (na swój, oczywiście koszt) gniazdo elektryczne to tankowania baterii hydroaut. Przeciwnicy ustawy argumentują m.in., że ceny domów wzrosną niebotycznie, co ostatecznie pogrąży rynek nieruchomości, pogłębiając recesję.
Nadchodząca walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń, zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie w którym o personalnych wyborach obywateli decyduje rząd. Walką w której, zdaniem wielu, w istocie chodzi o kasę i władzę.
Limit i handel
Limit i handel (cap and trade) to amerykańska wersja dyrektywy Handlu Emisjami (EUETS- EU Emissions Trading Scheme). Limit określa dozwoloną w USA ilość emisji zanieczyszczeń, handel – obrót niewykorzystanymi limitami.
Europejski wariant, zdaniem analiz publikowanych w Wall Street Journal, ‘nie działa”. Firmy emitujące dwutlenek węgla ponad otrzymane przydziały wcale nie szukają sposobów ograniczenia emisji, a po prostu przekazują rachunek konsumentowi. Kowalski nie tylko płaci za energię więcej ale i nabija kasę milionerom nowego przemysłu, który handel emisjami stworzył.
Amerykańskimi pionierami tego przemysłu są m.in. kompanie dostarczające oprogramowanie kontrolujące emisję przedsiębiorstw. Rynek oprogramowań, wart dziś 2.5 mld dolarów, ma wzrosnąć dziesięciokrotnie jeśli ustawa „limit i handel” stanie sie prawem.
W jednej z firm (Hara) poważnie zainwestował Al Gore, sztandarowa postać zielonego lobby, autor nagrodzonego Oskarem filmu Niewygodna Prawda. Ironią losu jest, że najbardziej niewygodna prawda ujrzała światło dzienne po zdobyciu przez byłego wiceprezydenta Oskara, kiedy media obiegły rachunki za energię zużytą w posiadłości Gorów w Nashville. Wynikało z nich, że państwo Gore zużyli, bagatela, 22,619 kilowatogodzin energii elektrycznej w jednym tylko miesiącu, średnio dwa razy tyle ile Amerykanin zużywa przeciętnie w ciągu całego roku. Sam film Gore’a dofinansował były prezydent eBay, partner inwestycyjny Gore’a, Jeff Skoll założyciel funduszu zaporowego (hedge fund) Capricorn Investment Group, LLC, funduszu, w którym Al Gore zainwestował $35 mln.
Według źródeł Bloomberg News, Al Gore zakończył karierę polityczną jako wiceprezydent z sumą 2 mln dolarów na koncie. Według danych Fast Company w 2007 jego fortuna sięgnęła już ponad 100 mln dolarów uzyskanych z inwestycji w przedsiębiorstwa produkujące „zielone technologie” i ciągle rośnie. Największą kurą znoszącą zielone jajka jest dla Gore’a partnerstwo z firmą inwestycyjną Kleiner, Perkins, Caufield & Byers z Californii, która m.in. chce wypuścić na amerykański rynek 50 tys. samochodów elektrycznych.
Na „zielony pociąg” załapali się inni promotorzy ustawy. Spikerka Izby Reprezentantów, Demokratka Nancy Pelosi zainwestowała od $50 do $100 tys. w korporację Clean Energy Fuels. Współautor ustawy, Demokrata z Massachussetts, Edward Markey podobne kwoty w Firsthand Technology Value Fund.
Niektorzy politycy w Kongresie tak spieszyli się z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania, zaś Agencja Ochrony środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia po co jest nam ustawa klimatyczna?
Globalna ściema
Jest jakąś ironią losu, że każdego marca w Dniu Swięta Ziemi (Earth Day), kiedy aktywiści ochrony środowiska demonstrują pod Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg.
Być może dlatego zielone lobby w Ameryce zarzuciło termin globalne ocieplenie na rzecz nowego: zmiany klimatyczne. Innym słowem strachu używanym przez zielone lobby w Ameryce jest: węgiel.
Węgiel dostarcza Ameryce niemal połowę energii kraju. Jest to także 40% emisji dwutlenku węgla do atmosfery, jakie wydziela cała Ameryka. Dla zielonego lobby to wystarcza by wystawić straszaka: wyginą polarne niedźwiedzie, a wyspa Manhattan straci Downtown aż po Wall Street, która z ulicy Ościennej zamieni się w Portową, kiedy roztopione lodowce Alaski podniosą poziomy wód o 6 metrów. Tych „prawd” uczy sie dziś dzieci w amerykańskich szkołach.
Tymczasem Brytyjska Antarctic Survey, obsługująca pięć stacji badawczych na Antarktydzie stwierdza w Geophysical Research Letters, że w ciągu ostatnich 30 lat pokrywa lodowa Antarktyki rosła w tempie 100 tys. kilometrów kwadratowych co 10 lat. Również australijskie Centrum Badawacze na Antarktydzie w stacji Davis (Antarctic Climate and Ecosystems Co-Operative Research Center) stwierdziło, że w ub. roku średnia grubość pokrywy lodowej Antarktyki wynosiła 1.89 metra, najwięcej od 10 lat.
Badania wykazują ponadto, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na ziemi panowały temperatury od 1 do 3 stopni większe niż obecnie. Od połowy XIX wieku temperatury na Ziemi wzrastały tylko o 0.5 stopnia Celsjusza, zaś między 1940-1975 zaczęły ponownie opadać. Jeżeli zatem w dobie powojennego boomu gospodarczego i związaną z nim emisją dwutlenku węgla do atmosfery temperatury malały, oznacza to, że relacja między emisją CO2, a temperaturą, nie istnieje. Jeśli tej relacji nie ma, cała koncepcja globalnego ocieplenia traci sens.
Faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte. Zwierzęta i bakterie żyjące na ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6.5 gigaton. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70% naszej Ziemi. Sezonowe wahania temperatur wód oceanu odpowiedzialne są za powodzie, susze i inne klimatyczne zmiany, które obserwujemy od czasu do czasu, a które mają tyle wspólnego z klimatyczną Apokalipsą co trąba powietrzna z tubą.
O beautiful for spacious skies…(Piękna za bezkres nieba)
Ameryka kocha przyrodę. Abraham Lincoln w 1864 roku oddał ziemię doliny Yosemite „w wieczyste publiczne władanie” tworząc podwaliny pod pierwszy park narodowy na świecie. Dumą napawa Grand Canyon, bezdroża dzikiej Alaski czy bezkresne prerie Wyoming “piękne za bezkres nieba”, uwiecznione w popularnej pieśni XIX wiecznego organisty z New Jersey, Sama Warda. Sto lat później hrabstwa w całej Ameryce adoptują tzw. prawa drzew (tree laws). Były burmistrz Nowego Yorku, Giuliani za swej kadencji podniósł kary za nielegalne ścięcie drzew w metropolii do jednego roku pozbawienia wolności i 15 tys. dolarów grzywny.
Dziś jednak, po raz pierwszy w historii sondaży Gallupa, 51% Amerykanów uważa poprawę gospodarki za ważniejszą od ochrony środowiska. Mimo to prezydent Obama przeforsował ustawę klimatyczną przez Izbę. Choć przypuszczać należy, że polegnie ona w Senacie zastanawia tempo administracji w narzucaniu społeczeństwu unilateralnych rozwiązań majstrowanych w gabinetach lobbystów, bankierów i innych wizjonerów przyszłej Ameryki spod znaku “Yes we can”. To, że możemy nie znaczy, że powinniśmy. Prezydent Bush nie podpisał Protokołu z Kyoto uznając go za szkodliwy dla amerykańskiej gospodarki.
Wydaje się jednak, że prezydent Obama będzie chciał nadal polerować swój image „prezydenta po raz pierwszy” i pojawi się w grudniu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, by jako pierwszy po Bushu seniorze prezydent popychać Amerykę w objęcia zbiorowych układów ekologicznych Narodów Zjednoczonych. W grudniu może być tam zimno. Tak zimno, że amerykańska delegacja może wspomnieć słowa Boba Dylana z wywiadu dla The Rolingstones: Czy niepokoi pana globalne ocieplenie? Gdzie jest to ocieplenie? – zapytał Dylan – Tu można zamarznąć.
Mariusz Max Kolonko
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, KRYZYS GOSPODARCZY USA, SCIEMA OCIEPLENIA | 8 Comments »
Z Maxem Kolonko rozmawia WP.pl
By Max Kolonko | June 4, 2009
Doradca Obamy jest kolegą Gierka? 2009-01-21 (17:10)
- Ludzie tracą oszczędności życia i spoglądają na Obamę, jak na magika, który wyciągnie królika z kapelusza. Jak na razie nie widzę możliwości, aby Obama mógł tego królika wypuścić – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską, prosto z Nowego Jorku, Mariusz Max Kolonko.
Wirtualna Polska: Czy administracja Obamy poradzi sobie z kryzysem finansowym będącym spuścizną poprzednika Georga W. Busha?
- Po zaprzysiężeniu Obamy, giełda poleciała o 300 punktów w dół. To był najgorszy dzień inauguracyjny giełdy w historii. Tu nie ma już kryzysu, tu jest rzeź. Na giełdzie nie ma inwestorów, sami spekulanci. Ludzie tracą oszczędności życia i spoglądają na Obamę, jak na magika, który wyciągnie królika z kapelusza. Jak na razie nie widzę możliwości, aby Obama mógł tego królika wypuścić. Pierwszą reakcją na kryzys było wydanie 350 mld i nic się nie stało. Miały być to pieniądze na wykup upadającego rynku nieruchomości ale Paulson (były Sekretarz Skarbu) zorientował się, że problem nie tkwi w karoserii samochodu ale w silniku, czyli w sektorze finansowym. Te pieniądze dostały więc banki bez żadnej dyspozycji, co mają z tymi środkami robić. Jeżeli ktoś da Pani 100 dolarów, to kupi pani za nie nową sukienkę, czy zasieje zboże, żeby za rok zebrać plon? Banki kupiły sobie sukienki czyli wykupują się nawzajem.
Miedzy 4 listopada, kiedy Obama został wybrany na prezydenta, a 20 stycznia, kiedy został zaprzysiężony, akcje Bank of America spadły z 24 do 5 dolarów. Podobnie działo się z akcjami innych banków. Jeśli była to inwestycja rządu, to była to inwestycja, która już przyniosła kolosalne straty. Każdy dyrektor funduszu, który tak zarządzałby wkładami, już dawno straciłby pracę. Co z tego, że stajemy się współwłaścicielami banku, skoro ten przez złe zarządzanie nie jest wart ceny kupna? Ale o kupnie decydują politycy. Czy polityk jest dobrym inwestorem? Czy się na tym zna? Polityk ma stwarzać klimat do inwestycji, a nie inwestować. To jest gospodarka sterowana, jak w socjalizmie, kiedy za sznurki pociągali urzędnicy na ciepłych, rządowych posadach. Niepokoi mnie to przesuniecie środka ciężkości rynku kapitałowego z Wall Street w Nowym Yorku, do Waszyngtonu.
Czy plan Obamy, wiążący się z wpompowaniem w amerykańską gospodarkę rekordowej sumy – ponad 800 mld dolarów ma szanse się powieść?
- Plan Obamy jest tylko w malej części nastawiony na poprawę kondycji samych sektorów gospodarki. 1/3 tych pieniędzy idzie do ludzi jako rządowa zapomoga, niezależnie, czy płacą podatki, czy nie. Czyje są to pieniądze? Moje i sąsiada. Aledlaczego mamy pracować, a potem płacić facetowi, który cały dzień siedzi przed domem i gra w domino? Doradcy Obamy mówią że ci ludzie pójdą z tymi czekami do sklepów i pobudzą gospodarkę. To jest raptem tylko 500 dolarów dla singli i 1000 dolarów dla rodzin. Kto dostanie te pieniądze? Jeśli kupią zabawki dla dziecka, pieniądze trafią do Chin, bo stamtąd pochodzi 80 % zabawek, które trafiają na amerykański rynek. Plan Obamy przewiduje 20 mld na kupony żywnościowe dla ludności. Dostaniemy kartki na cukier? Kupon na wędliny? Czy doradca Obamy jest kolegą Gierka? W dniu inauguracji otrzymaliśmy informację: „według Biura Budżetu Kongresu, znaczna część pieniędzy z planu Obamy zacznie przynosić efekty dopiero za kilka lat”. To wydawało się logiczne, bo chodzi o budowę autostrad, mostów czy tanich mieszkań, ale to wiadomość, która negatywnie wpłynęła na giełdę i inwestorów. Prezydent chce tą drogą stworzyć 2,5 mln miejsc pracy, które obiecał w wyborach. Chwała mu za to, co jednak z kryzysem mieszkań, który się pogłębia? Co z podatkami? Amerykańskie korporacje płacą 39.3% podatku CIT. To, po Japonii, najwięcej w cywilizowanym świecie. Kiedy Obama podda się i ogłosi obcięcie podatków dla firm, to będzie znak, że wolnorynkowe myślenie wzięło wreszcie górę nad ideologia redystrybucji bogactwa, o którym tyle mówił w czasie kampanii wyborczej.
W jakim czasie Amerykanie mogą odczuć realną poprawę sytuacji?
- Dwa miesiące temu ekonomiści z Uniwersytetu Michigan mówili o połowie 2009 roku. Teraz mówi się o końcu roku. Kiedy obserwuję sposób, w jaki w Polsce komentuje się doniesienia o kryzysie, mam wrażenie, jakby chodziło o przejściowy kryzys.Zarówno w Polsce, jak i Ameryce media lukrują ten kryzys jak mogą, aby nie niepokoić narodu . To jest trochę tak, jakby pacjent miał poważną chorobę, a my byśmy mu wmawiali, że jeśli wypije trochę ziółek i będzie długo spał, jutro będzie jak nowy. Tymczasem pacjent potrzebuje operacji i to szybko. Odnoszę wrażenie, że politycy nie zdają sobie w pełni sprawy z powagi i skali tego kryzysu. Ale w końcu w amerykańskim senacie siedzą sami milionerzy.
W jaki sposób Obama będzie się starał wyciszyć konflikty międzynarodowe, których stroną są USA? Na ile uda się podreperować relacje z Irakiem czy Afganistanem?
- Do tej pory sądziłem, że Obama będzie zwolennikiem izolacjonizmu, nauczony przykładem Busha, który Irakiem wykopał sobie polityczny grób. Ale zaskoczył mnie, bo otworzył się na Afganistan. Chce tam posłać 20 tys. żołnierzy, którzy dołącza do 34 tys. obecnie tam stacjonujących. Bush miał powód wejścia do Iraku, jako prezydent kraju zaatakowanego w 2001 roku. Obama tego powodu nie ma. Dlatego nie widzę w tym logiki politycznej poza próba kontynuacji linii swego poprzednika. Ale Afganistan to nie Irak, tam nie można stworzyć demokracji, bo nie ma tam żadnej tradycji budowy jakiejkolwiek państwowości. To kraj, który ma wojnę we krwi, bo leży na osi Eurazji przez którą od stuleci przetaczały się armie. Polecam wstrząsająca opowieść członka amerykańskich sił specjalnych Marcusa Luttrella, który w 2005 r. stoczył walkę na śmierć i życie z talibami, czy książkę Rashida „Taliban”. Jeśli wojna w Iraku miała być wojną o ropę, a wojna w Afganistanie będzie wojną o heroinę, bo stamtąd pochodzi 2/3 dostarczanego światu opium, to czy warto się bić? Pewnie każdy amerykański prezydent musi mieć jakąś swoją wojnę.
Czy Obama będzie angażował się w kontynuację działań związanych z rozmieszczeniem tarczy antyrakietowej w naszym regionie, czy raczej zwolni? Czy będzie się obawiał reakcji Rosji, której nie podobają się plany związane z tarczą?
- Obama nie chce zadzierać z Pentagonem, a dla nich tarcza jest jak zabawka pod choinkę. Poza tym jest i tak wystarczajaco duzo spięcia miedzy Pentagonem a Departamentem Stanu, gdzie rządzić się będzie Hillary Clinton i za Obamy nie bedzie tu lepiej. Druga sprawa to Rosjanie, ktorych Obama nie chce drażnić w sytuacji, kiedy Ameryka jest osłabiona wojną i recesją Więc pewnie dlatego Obama powiedział Kaczyńskiemu, że program musi działać, żeby było o czym rozmawiac. A miesiąc później poszło prawie 400 mln do Boeinga na dalszy rozwój. Nic dziwnego ze Rosjanie się wściekli i dzień po wyborach Obamy zapowiedzieli ustawienie rakiet Iskander w obwodzie kaliningradzkim i teraz paradują swoimi krążownikami kilkadziesiąt mil od Miami. W calej tej sprawie jakoś nikt nie może się zająknać, że gra toczy się o radar w Czechach, którym Amerykanie mogą podsłuchiwać rozmowy komórkowe rosyjskich binzesmenów. Szpiegostwo ekonomiczne jest dziś znacznie ważniejsze od politycznego , bo tą drogą, znajac plany operacji finansowych w Europie czy Rosji, można robić kolosalne pieniadze. Rosjanie to wiedza, dostają wysypki i slusznie. Irańczycy nie maja nawet rakiet, żeby nas sięgnąć, a jeśli dalej będą tworzyć problem nuklearny, sprawę załatwią za Amerykanów bombowce Izraela. Izrael od roku stara sie u Amerykanów o zgodę na przelot nad Irakiem, zeby rąbnać w nuklearne reaktory w Natanz. Bush w marcu powiedział: „nie”. Obama też powie: „nie”. Bo jak powie: „tak” to poza wieloma innymi komplikacjami i faktem, ze bawimy sie zapalkami na osi Eurazji, kwestia tarczy rakietowej przestanie istniec, bo po co nam tarcza, skoro Iran nie stanowi zagrożenia?
Czy Polacy mogą się spodziewać jakiegoś gestu ze strony nowego prezydenta? Czy możemy liczyć na zniesienie wiz, a jeśli tak, to kiedy?
- Odpowiem w ten sposób: Przy 55 ulicy na nowojorskim Manhattanie jest taki klub, który nie ma nawet tablicy na drzwiach, a do którego chcą należeć wszyscy, bo bawi się tam elita. Pewna znajoma zapytała mnie kiedyś, jak Pani o wizy: jak można dostać się tam dostać i kiedy? Odpowiedziałem : Wpisowe kosztuje 50 tys. plus 15 tys. miesięcznie za członkostwo. Chyba że jesteś kimś, wtedy zaproszą cię za darmo. Tak samo jest z naszymi wizami. Zamiast pukać w te drzwi, zajmijmy prostowaniem dróg w Polsce, daniu ludziom pracy i podniesieniu standardu życia. Wtedy wizy do Stanów nie będą nam do niczego potrzebne, a Amerykanie będą przyjeżdżać na saksy do nas. Oczywiście, jeśli dostaną wizę.
Rozmawiała Agnieszka Niesłuchowska, Wirtualna Polska
Mariusz Max Kolonko – Producent telewizyjny, publicysta, dziennikarz i politolog. Wieloletni amerykański korespondent TVP. Od 20 lat mieszka i pracuje w Ameryce gdzie prowadzi telewizyjną firmę producencką. Gościł m.in. na antenie CNN i CBS i ABC i Instytytu Goethego w Waszyngtonie, jako ekspert od spraw polskoamerykańskich. Autor książki Odkrywanie Ameryki i programu pod tym samym tytułem w TV4 i TVP1 .
Wiecej www.maxkolonko.com
Topics: KRYZYS GOSPODARCZY USA, POLITYKA ZAGRANICZNA USA, ROZMOWY Z MAXEM | No Comments »
« Previous Entries

















