Strony Oficjalne

Najnowsze

Archiwum

Meta

ODKRYJ AMERYKE

Odkrywanie Ameryki
ODKRYWANIE AMERYKI - ZAPISKI W JEEPIE - Ameryka jakiej nie znasz

Telewizja bez ściemy

By Max Kolonko | July 22, 2010

W wersji oryginalnej  również w Salon24

Telewizja publiczna była upolityczniona za PIS, będzie upolityczniona za rządów Platformy, a o czujności jej polityków w tej kwestii świadczy pierwsza decyzja nowego prezydenta obsadzająca sympatykami dwa stanowiska KRRiT.

Upolitycznienie TVP jest stanem trwałym przeszłych i przyszłych wariantów politycznych mariaży w Polsce i ten fakt polskie społeczeństwo musi przyjąć wreszcie za fakt trwały, wynikający z istniejących w Polsce relacji miedzy światem mediów i światem władzy.

W relacji tej okiełznanie publicznego nadawcy jest partiom niezbędne do taniej i efektywnej promocji partyjnej agendy i podnoszenia rankingów rozpoznawalności polityków. Tak długo, jak długo TVP będzie spółka skarbu państwa nie ma zatem mowy, żeby coraz to nowe elity władzy odpuściły sobie wskakiwanie na telewizyjnego rumaka, którego trzymać będą w ryzach na mocy tasującego się co jakiś czas układu politycznych sił.

Dyskusja nad „odpolitycznieniem” tej instytucji służy również politycznym i dalej, ekonomicznym interesom przeróżnych grup nacisku walczących w tej dyskusji o swoje. Np. tzw. twórcy walczą o telewizję publiczną, by m.in. produkować i prezentować na jej antenie niszowe produkcje, które żadną miarą w świecie współczesnych mediów nie miałyby prawa zaistnieć w szerokim rozpowszechnianiu. Zaś np. koncern Agory, zgodnie z naturą każdego koncernu, chciałby najpewniej odpolitycznienia TVP poprzez jej marginelizację bądź wręcz parcelizację umożliwiającą własne wejście na rynek telewizyjny i stworzenie prasowo-telewizyjnej oligarchii medialnej stanowiącej de facto w polskich warunkach czwartą władzę.

Jeżeli więc chcecie państwo odpolitycznić TVP, proszę, sprywatyzujcie ją (powodzenia) lub pozbawcie ją upolityczniającego ją pionu informacji i róbcie telewizję publiczną, jak w Ameryce , bez srticte newsowego dziennika. Tyle wystarczy, by zainteresowanie polityków tą stacją spadło do minimum. Jasne, że ten sposób odpolitycznienia TVP jakoś nie przychodzi nikomu do głowy i nic dziwnego. Zadna władza nie zrezygnuje z dostępu do mikrofonu. Nie po to walczyła o scenę.

Tymczasem telewizja upolityczniona może być atrakcyjna. Upolityczniona jest Fox News w Ameryce, a mimo to jest najczęściej oglądaną stacją na rynku. Ale żeby taką telewizję robić trzeba znać biznes telewizyjny i zasady, na których ów działa.

Muppety polskiego dzienikarstwa

Muppety – dziennikarze pozycjonujący się w hierarchiach redakcji, żeby przetrwać, są dodatkowym elementem upolityczniającym rynek mediów w Polsce, a zwłaszcza, TVP. Taki Muppet telewizji publicznej doskonale wie, z której strony nadciąga polityczny wiatr i potrafi tak zmontować materiał, żeby wpisywał się w tor, po którym telewizyjny rumak mknie. Robi to sam z własnej woli bo wie, jakiej roli oczekują od niego reżyserzy spektaklu, który rozgrywa się na scenie.

Czasami na tej scenie świat polityki wiruje tak szybko, że nasze Muppety gubią sę w swych rolach i rzeczywiście wywołują uśmiechy publiczności, kiedy domagają się zdjęcia z anteny własnych popisów. Natomiast w okresach politycznych przesileń Muppety TVP ogarniać może stan katatonii, biernego wyczekiwania na rozwój wypadków na scenie polityki. Katatoniczny Muppet na niepewnej scenie na wszelki wypadek unika grania głównych ról, żeby dać się nieco zapomnieć przyszłemu kierownictwu, czego przykładem były kłopoty z kompletowaniem reprezentacji TVP do przepytywania kandydatów w prezydenckich debatach wyborczych.

Murdoch nadchodzi

Jeszcze niedawno telewizja publiczna była koniem przeznaczonym do rzeźni. Wyraźnie proliberalne w przekazie dzienniki TVN zaspokajały oczekiwania układu politycznej władzy do promocji rządzenia. Ale oto na naszej medialnej Wielkiej Pardubickiej pojawił się Jeździec z Głową (w odróżnieniu od tych, bez głowy).

Rupert Murdoch, szef News Corporation, drugiego po The Walt Disney Co. medialnego koncernu świata,wycofał się z $50 mln inwestycji w TV Puls ale bynajmniej nie wycofał się z Polski. Nasz rynek telewizyjny jest 5. rynkiem w Europie. Pod względem populacji jest to największy rynek w Europie Centralnej i Wschodniej o dużych możliwościach rozwoju rynku reklam i są to warunki do uprawiania biznesu w których Murdoch czuje się najlepiej. Przesunięcie Markusa Tellenbacha ze SKY Deutschland, gdzie News Corp. ma ponad 45 % udziałów na fotel szefa TVN, zwiastować może rychły come back Murdocha na polski rynek jako udziałowca tej stacji.

Gdyby tak się stało Platforma straciłaby swojego proliberalnego sprzymierzeńca, gdyż wszystko co robi Murdoch w telewizji jest centrowo-konserwatywne. Taki jest wprowadzony na rynek w Ameryce w 1996 r.przez Murdocha kanał informacyjny FoxNews, niekwestionowany obecnie lider stacji newsowych bijący w wynikach oglądalności MSNBC i CNN razem wzięte, nieraz nawet 3 do 1. Prowadzona przez tę stację polityka prezentowania informacji w sposób fair and balanced – uczciwego i zbalansowanego przekazu służy de facto do promocji konserwatywnej agendy stacji. Koncepcja telewizji Murdocha sprawdza się w społeczeństwach uważnie śledzących życie społeczno-gospodarcze kraju, a zwłaszcza w momentach kryzysowych.

To właśnie brak balansu między różnymi punktami oparcia władzy powoduje, że liberalne media w Ameryce przechodzą obecnie kryzys. Wychylony na liberałów New York Times przed bankructwem uratował meksykański bilioner pożyczką $250 mln oprocentowaną aż na $14% . Liberalny Boston Globe – w kryzysie. Liberalny Newsweek – to samo. Proliberalne telewizyjne sieci informacyjne MSNBC i NBC tracą widzów także i dlatego, że publika w społeczeństwach nowoczesnych, bądź uczulonych na fałsz (a do tej drugiej grupy polskie społeczeństwo się zalicza), skrupulatnie wyczuwa i punktuje przed telewizorami każdą manipulację czy przekręt w podawanych przekazach niemal ze skrupulatnością statystyków Gazety Wyborczej tropiących ze stoperami w rękach i pewnie z wypiekami na twarzach, coraz to marniejsze wpadki naszych ukochanych Muppetów.

E pluribus unum

Moi amerykańscy koledzy dziwią się, dlaczego tego samego dnia czytam Rzeczpospolitą i Wyborczą jednocześnie. Odpowiadam, że Polska jest jedynym krajem jaki znam, w którym trzeba przeczytać dwie gazety, żeby zrozmieć jedną treść.  Podobnie wskazane jest u nas oglądanie dwóch dzienników telewizyjnych różnych stacji , żeby w różnicach w przekazie zrozumieć, o co toczy się polityczna gra.

Przykładem może być niedawna powódź w Polsce pokazywana przez Muppety TVP jako opieszałość władzy w niesieniu pomocy powodzianom w katakliźmie, za który „mógł odpowiadać bóbr” i Teletubisiów TVN pokazujących powódź, jako zatroskanie premiera chodzącego po wałach, by pomóc.

20. minutowe wyścigi Muppetów z Teletubisiami, czynione ze zgoła odmiennych powodów politycznych, doprowadziły skołowany naród do obłąkańczych wędrówek po warszawskich mostach, by zobaczyć, jak podnosi się woda. Był to z punktu widzenia nauki mediów moment historyczny, który potwierdza tylko teorię o mediach, jako nowym opium dla mas.

Tymczasem w czasie, kiedy nasze Muppety dzielnie brodziły po kolana w wodzie, świat stał na krawędzi wojny nuklearnej wywołanej konfliktem z zatopieniem przez Koreę Północną południowokoreańskiego statku marynarki wojennej. Jednak 90 % widzów dziennika, doświadczajacych powodzi jedynie na ekranach telewizorów, nie miało o tym istotnym fakcie zielonego pojęcia, bo miejsca na niego nie było.

Pierwsza stacja telewizyjna, bądź gazeta, która zrozumie, że w balansie i uczciwości przekazu tkwi pozyskanie wymagającego i inteligentnego przecież widza, którym Kowalski bez wątpienia dziś jest, zdobędzie jedynkę w ratingach. Wraz z nią zdobędzie też pozycje lidera na naszym silnie spolaryzowanym rynku i dalej, w myśl koncepcji telewizyjnej Murdocha, aprobatę dla swej politycznej agendy w społeczeństwie. Kiedy w okresie wyborów Rzeczpospolita śmiało publikowała opinie obu obozów natychmiast wyszła na lidera w czytelnictwie dzienników w tym czasie.

Można jednak zapytać dlaczego zatem oglądalność upolitycznionego dziennika Wiadomości w zasadzie nie spada? Nie spada, bo tym, co trzyma ten dziennik w ratingach jest monopol pasma 19.30, którego konkurencja nie potrafi złamać. Aby złamać „monopol godziny” konkurencja Wiadomości powinna ustawić dzienniki również na 19.30 zmuszając widza do wyborów tak , jak ABC, CBS i NBC zmuszają do wyborów widzów w Ameryce, emitując swoje dzienniki o tej samej godzinie 18. 30.  Dziś taki ruch jest ryzykowny, bo każdy z dzienników telewizyjnych w kraju ma już, mniej więcej, swoją publiczność. Każdy, z wyjątkiem jednego: Panoramy w TVP2 i w tym braku swojego widza tkwi szansa programu, który nie ma nic do stracenia.

Panorama – Brzydkie Kaczątko TVP

To brzydkie kaczątko dzienników w Polsce tyle razy szło pod nóż telewizyjnych decydentów, że trudno mi te przypadki nawet zliczyć. By łatwiej manipulować pionem informacji, kolejne ekipy władzy TVP marginalizowały Panoramę pozbawiając dziennik stałego widza poprzez rzucanie go po całej ramówce.  Był to z punktu widzenia interesów stacji telewizyjnej czysty sabotaż, bo mówimy o dzienniku o ponad 20. letniej tradycji i wyrobionej marce, jako kontry do oficjalnej tuby Wiadomości.

Podczas gdy Wiadomości, kastrowane przez lata z osobowości telewizyjnych, trzyma w ratingach  jedynie monopol godziny, Panorama zachowała swój zespół niemal w całości i jest to dziś najbardziej doświadczony zespół dziennikarzy na polskim rynku mediów elektronicznych. Gdyby ten zespół zaatakował pasmo godziny 19. a nie jak obecnie 18,  Panorama weszłaby do gry o widza w prime time. Zaś gdyby jej kierownictwo zechciało jeszcze rozwinąć zasadę Murdocha balansowania przekazów informacyjnych, móglby to być w krótkim czasie, dziennik mówiący nowoczesnym językiem, nowych mediów, nowej Polski o której tyle mówili politycy w prezydenckich wyborach.

Nasze Brzydkie Kaczątko mogłoby z czasem wyrosnąć na wspaniałego łabędzia, na którego, jak w dobrej bajce, mógłby wsiąść jakiś rezolutny książę i pognać na nim daleko za siódmą górę i siódmą rzekę, a widz miałby przy tym poczucie, że kopnął go happy end. Wszak telewizja ma uczyć bawiąc i bawiąc uczyć. Taka jest przecież, z grubsza, jej misja.

Martiusz Max Kolonko

www.MaxKolonko.com

Topics: KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, KULTURA, MEDIA, TELEWIZJA W POLSCE | No Comments »

Polski Syndrom

By Max Kolonko | July 8, 2010

Publikacja w Rzeczpospolitej i Salon24.pl


Byli działacze Solidarności, państwo Gwiazdowie zrezygnowali z zaproszenia członków Koła Solidarności w Chicago. W liście do Polonii argumentują m.in., że zrezygnowali „bo nie każdy Polak ma dostęp do internetu i kolorowej drukarki by wypełnić formularz wizowy, że koszt wizy jest duży (490 PLN) i jest bezprawnym haraczem, że rząd USA zbiera tą drogą dane osobowe, że instrukcje są aroganckie, że polsko-amerykańska wymiana turystyczna nie jest parnterska, zaś rząd polski nie chroni godności i interesów swoich obywateli.

Po przeczytaniu listu państwa Gwiazdów uzasadniającego ich rezygnację z wyjazdu do USA,  publicyście Rzeczpospolitej Rafałowi Ziemkiewiczowi „nóż się w kieszeni otworzył” i uraczył rodaków tekstem zamieszczonym w Rzeczpospolitej pt. Ukochani Aroganci (tj. Amerykanie).

Amerykańscy biurokraci traktują Polaków z buta i lekceważeniem godnym carskich czynowników! -woła w nim pan redaktor i dalej: Nie do przyjęcia są procedury przypominające policyjne przesłuchanie zatrzymanego na gorącym uczynku złodziejaszka. Tym bardziej nie do przyjęcia jest mnożenie biurokratycznych przeszkód, stosowanie internetowych formularzy, które nie dają się wypełnić, ani zachowanie konsulów godne kolonialnych namiestników gdzieś w głębokiej dziczy.

Jako z pewnością nie ukochany ale ani chybi arogancki reprezentant narodu Waszyngtona muszę zauważyć, przy całym szacunku dla publicystyki redaktora Ziemkiewicza, że tym razem pan Rafał nie dźga nas nożem. Niczym sejmikowy sarmata pan Ziemkiewicz kręci wąsa, krzyczy:  Hańba! i wywija przed Amerykanami polską szabelką. Niestety.

Co ma Ala? A- Kota? B- Psa?

Z listu państwa Gwiazdów wynika, że mieli kłopoty z wypelnieniem formularza wizowego w internecie. To sie zdarza. Internet według Ala Gora „wymyślił” przecież Al Gore, demokrata, a oni nic tylko utrudniają życie normalnym ludziom. Al Gore na pewno maczał też palce w wynalezieniu DVR, bo mój sąsiad w New Jersey (makler z Wall Street)  żadną miarą nie potrafi urządzenia zaprogramować. Przekupuje on więc swą 10-letnią córkę ($5 każdorazowo za usługę) by ta nagrała mu transmisje z meczów piłki nożnej. Dziecko programuje, a zarobione u niegramotnego taty pieniążki odkłada cichcem w fundusz inwestycyjny Mattel Inc.(ten, który produkuje laleczki Barbie). Takie czasy.

Niestety w sprawie amerykańskich formularzy wizowych nic się nie zmieni. Prowadzona od lat przez Polonię w Nowym Yorku kampania, by rodacy odwiedzający rodziny w Greenpoint wypełniali tzw. wersję skróconą formularza wizowego (Co ma Ala? Kota? Psa? –niepotrzebne skreślić) po raz kolejny nie uzyskała wymaganej liczby podpisów.

Zostawmy Polish jokes. W lamencie redaktora Ziemkiewicza nad perypetiami wyjazdowymi zasłużonego działacza Solidarności do Stanów odbija się niestety sposób, w jaki wielu Polaków patrzy na politykę wizową Ameryki. Tej nasz naród nie rozumie, a ściślej, zrozumieć nie chce. Zrozumienie oznaczałoby przyjęcie do świadomości prawd, które naród Pułaskiego dziwną miarą przyswoić sobie nie chce. Jest jak pacjent, który stale posyła do stu diabłów lekarza, gdy ten mu mówi, że pora by zabrać się za siebie.

Mity i Reality

Z amerykańskiego punktu widzenia Polska jest krajem ubogim. Według danych Eursotatu nie jestesmy żadnym tam „tygrysem” Europy, a czwartym krajem od jej końca. Pod względem PKB na jednego mieszkańca wyprzedzamy jedynie Litwę, Łotwę Rumunię i Bułgarię. Wynagrodzenia w polskich przedsiębiorstwach należą do jednych z najniższych w Europie. W zbankrutowanej Grecji średnia pensja jest trzy razy wyższa niż w Polsce.Według danych Eurostatu w 2008 r. 11 proc. pracowników zatrudnionych w Polsce na pełny etat żyło poniżej granicy ubóstwa.

Spróbujmy jednak powiedzieć Polakowi, że jest biedny! Polak nigdy nie przyjmie tego do wiadomości. Nie po to gnaliśmy do Europy, żeby teraz nie uważać się za Europejczyków par excellence. Polak się na nas obrazi. Obrazi i znienawidzi. Jak dziecko, które zakłada poduszkę na głowę, żeby nie słyszeć niedobrych bajek.

Tymczasem poziom odmów wniosków wizowych do USA jest wyznaczkiem zamożności społeczeństwa. Wyjeżdżający musi udowodnić, co ma. Jeśli ma mało albo tyle co nic, nie jedzie i tyle. Ile zatem, ma przeciętny Polak?

Płaca minimalna w Polsce jest najniższa w Unii, 1,317 złotych czyli nieco ponad 40%  przeciętnego wynagrodzenia  (ok. 3000 zł.miesięcznie). Jest to raptem ok. $1000. Tyle zarabia w Stanach elektryk w nieco ponad dwa dni. Nie wiem, ile zarabia red. Ziemkiewicz w Rzeczpospolitej ale gdyby Polska była rzeczywiście tak rozwiniętym krajem, jakim jest w świadomości jej obywateli domagających się ruchu bezwizowego z USA, pan redaktor kasowałby pensję równą 300 tys. złotych rocznie (pensja redaktora w dzienniku New York Times ) zaś dziennikarz telewizyjny „lecący ryjem” w prime time mógłby skasować 15 milionów rocznie (kontrakt Katie Couric, prowadzącej CBS News).

Ale to gwiazdy. Spójrzmy w dół. Kamerzysta „taniego” CNN bierze $200 za godzinę pracy, stringer z kamerą od $1000 do $2000 za dzień zdjęciowy. Bruno Vespa, prezenter RAI, telewizji publicznej Włoch dostaje 1.6 mln euro rocznie, przy którym 45 tys. złotych miesięcznie prezentera TVP wygląda jak kieszonkowe. Nie pamiętam też, abym jako korespondent TVP zarabiał  $ 1.8 mln w rok, a tyle zarabia Leslie Stahl. korespondentka  programu CBS, 60 Minutes.

Spójrzmy na biznes filmowy. Reżyser serialu telewizyjnego: $40 tys. za jeden epizod. Aktorka, która robi za tło dostaje $150 za wejście na plan, zaś mydlane gwiazdeczki jak Eva Longoria z Desperate Houswives (Zdesperowane Zonki) $200 tys. za odcinek. Wynagrodzenie, przy którym niejedna polska aktorka wygląda jak zdesperowana żonka właśnie.

Panie Kowalski, jak się panu powodzi?

Amerykanie uważnie śledzą gospodarki świata. Wiedzą, czego w swej masie na ogół nie wie przeciętny Polak: w Polsce rośnie stopa bezrobocia. W marcu 9.1%, w styczniu 8.9%, miesiąc wcześniej 8.7%. Rok wcześniej, 7.4%. Deficit budżetowy zbliża się do pułapu uruchamiającego hamulce konstytucyjne i tak naprawdą nie wiemy ile w oficjalnym wyniku jest prawdy, a ile wysiłku księgowych idących przykładem księgowych administracji Busha, by spychać faktyczny poziom deficytu pod stół na okres po wyborach. Jesteśmy jak dom, którego właściciele wydają połowę tego co zarobią, by spłacić dług.

Jest dla mnie zdumiewające, że sytuacja ekonomiczna mieszkańców Polski nie jest przedmiotem żadnej debaty, ani medialnej ani politycznej. Nie mówili o tym nic w debatach kandydaci na prezydenta, nie zadał żaden polski dziennikarz prostego pytania, które powtarza się przy każdych wyborach w Ameryce: panie Kowalski, czy żyje się panu lepiej niż rok temu?

Społeczeństwo jest zdrowe kiedy odpowiedź brzmi: tak, żyje mi się lepiej. Chore, kiedy odpowiedzią jest: powodzi mi się gorzej. Martwe, kiedy nie ma na ten temat żadnej dyskusji.

W Ameryce kongresmeni mają świadomość  tego,  jak uboga jest Polska w swej masie. Doskonale zdają sobie sprawę, że gdyby zniesiono obowiązek wizowy dla Polaków reakcja ubogiej części naszego narodu przebiegałaby wzdłuż linii „ostatni gasi światło”. Wszak bezdomny leżąc na ulicy na Manhattanie wyciąga $20 tys. rocznie z papierowego kubka. Coś mi się zdaje, że wielu rodaków dałoby się za takie pieniądze spokojnie rozłozyć na Piątej Aleji…

Mam pełen szacunek dla państwa Gwiazdów i świadomość frustracji rodaków wynikającej z konieczności mało wyjściowej  potyczki z funkcjonariuszami konsulatów amerykańskich w Polsce i proszę o wybaczenie, że ich perypetie posłużyły mi do wyciągania opornego królika za uszy z kapelusza.

Ale w tej polsko-amerykańskiej potyczce o głupie wizy do USA odzwierciedlają sę dwa światy: z jednej strony nasze narodowe chciejstwo, ambicje, emocje, ułańskie szable, a z drugiej pragmatyzm najpotężniejszego narodu na świecie, który swą siłę zbudował z matematyczną precyzją masońskiego architekta przykładającego szkiełko i oko tam, gdzie u nas istnieje na ogół jedynie czucie i wiara.

W książce Odkrywanie Ameryki nazywam te naszą narodową przypadłość mianem Polskiego Syndromu: zespołu naszych narodowych cech,  które powodują, że odstajemy jako naród od rozwiniętych demokracji świata. Cech,  które choć wspaniałe, uporczywie celebrowane przez naród w swej masie zostawiają nas w grupie goniących stale uciekający nam peleton krajów, który zawsze jakoś zostawia nas na mecie w swoim ogonie.

Jedną z tych cech jest przekonanie, że nam Polakom „się należy”. Amerykanie nazywają to„entitlement”, jakimś szczególnym uprawnieniem, jakimś figlem natury, który uprawnia nas do posiadania tego, co zdobyli inni latami, i co czyni nas ślepymi i nieświadomymi faktycznego miejsca, które zajmujemy na drabinie organizmów państwowych. Jest to jakaś psychiczna dolegliwość narodu, który ma krótką pamięć, wielkie ambicje i który zdumiewająco szybko zapomina skąd pochodzi, gdzie jeszcze niedawno był, gdzie jest i co z tej nieszczególnie istotnej dla świata pozycji dla nas wynika.

Kiedyś pewna dziennikarka zapytała mnie, kiedy zniesione będą wizy do Stanów. Odparlem w ten sposób: Przy 55 Ulicy na nowojorskim Manhattanie jest taki klub, który nie ma nawet tablicy na drzwiach, a do którego chcą należeć wszyscy, bo bawi się tam elita. Pewna znajoma zapytała mnie kiedyś, jak Pani o wizy: jak można dostać się tam dostać i kiedy? Odpowiedziałem: Wpisowe kosztuje $50 tys. plus $15 tys. miesięcznie za członkostwo. Chyba że jesteś kimś, wtedy zaproszą cię za darmo. Tak samo jest z naszymi wizami. Zamiast pukać w te drzwi, zajmijmy prostowaniem dróg w Polsce, daniem ludziom pracy i podniesieniem standardu życia. Wtedy wizy do Stanów nie będą nam do niczego potrzebne, a Amerykanie będą przyjeżdżać na saksy do nas. Oczywiście,  jeśli dostaną wizę.

Mariusz Max Kolonko

www.maxkolonko.com

Topics: KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, KRYZYS GOSPODARCZY W POLSCE, POLSKI SYNDROM | No Comments »

BARACK NAPIERALSKI

By Max Kolonko | June 30, 2010

Publikacja w Rzeczpospolitej

W Polsce rodzi sie nowa,  polityczna jakość: wyborcy, których roczarowuje status quo i skłócony polityczny establishment, a którzy w młodym naśladowcy Obamy znaleźli swoją reprezentację.

W Ameryce są dwa sposoby wygrywania prezydenckich wyborów. Kierujemy kampanię na żelazny elektorat w nadziei, że zagłosuje na nas raz jeszcze, bądź poszerzamy bazę wyborczą,  kiedy ten elektorat się kurczy poza margines zwycięstwa.

W polskich warunkach, przez ostatnie lata, elektorat wyborczy PO rozrósł się do równowagi z żelaznym elektoratem PIS m.in. w wyniku rozczarowania części konserwatywnych wyborców rządami klanu Kaczyńskich, tworząc wyborczy dylemat. Jak znamiennie powiedział  niedawno Zbyszek Hołdys w telewizji: jednego kandydata nie popieram, a drugiego nie popieram, bo boję się monowładzy. Wydaje się, że instytucją, która wyciągnęła wnioski z tego dylematu charakterystycznego dla sporej części polskiego społeczeństwa był sztab wyborczy Grzegorza Napieralskiego. W tym dylemacie kandydat SLD znalazł dla siebie szansę wyborczego zawłaszczenia tych głosujących, którzy drapali się przed urnami po głowach.

Podobny mechanizm doprowadził do fenomenu Obamy na amerykańskiej scenie politycznej i zaowocował z czasem prezydenturą.

Oto przed wyborami prezydenckimi w 2008 roku część elektoratu republikanów gotowa była do dezercji. Klan Bushów rozczarowywał rządami, partia republikańska stetryczała, od lat wysuwając w prawyborach te same twarze zawodowego establishmentu.

Demokraci natomiast juz cztery lata wcześniej wstawili do prezydenckiej rozgrywki czarnego konia. Na konwencji partii demokratycznej w Bostonie w 2004 roku wypchnęli na scenę młodziutkiego Baracka Obamę. Młodzi i rozczarowani wobec status quo amerykańscy wyborcy mieli odtąd swego pupila. Niecałe jedno pokolenie później wybrali go prezydentem.

Niezdecydowani decydują

Prawie dwa lata temu jadąc samochodem by zagłosować w amerykańskich wyborach,  przez bite pół godziny jazdy przekonywałem siedzącą obok koleżankę, jak wielki znak zapytania niesie  Ameryce wybór na prezydenta mało znanego polityka z Chicago. Mówiłem o rosnących podatkach, kryzysie gospodarczym, groźbie europeizacji Ameryki,  prześwitujacym już wówczas przez Obamę syndromie Janosika gotowego zabrać bogatym i oddać biednym.

Masz rację – odparła dziewczyna. Wysiadła z auta  i… oddała głos na Obamę, dodając: Mnie tam sie on podoba i już.

Na podobnej zasadzie głosują w Ameryce w swej większości niezdecydowani wyborcy i to oni decydują o ostatecznym rezultacie politycznej walki. Według różnych ankiet decyzje niezdecydowanych wyborców w 70 %  nie mają nic wspólnego z programami kandydatów (te trudno spamiętać, a różnice między kandydatami w kluczowych sprawach są zwykle niewielkie) nie mają też wiele wspólnego z ideologią, za to mają wiele wspólnego z wyglądem, zachowaniem i tym, co spece od PR nazywają ładnie mianem „prezydenckiego imagu”, a co ulica nazywa po prostu „podobaniem sie i już.”

Barack Napieralski opanował ten element politycznej gry znakomicie. Obama w 2008 roku witał się z robotnikami w Philadelphi, Napieralski w 2010 witał robotników przed bramą polskiej fabryki. „Obama Girl” spiewającą na YouTube  „I Love Obama” zastapiło „Napieralskie Duo” spiewające „To on!”.

W klipie YouTube przedstawiającym polskiego kandydata na prezydenta klaszczącego w ręce i wyginającego się z dwiema blondynkami po bokach, młodzi zobaczyli w procesie politycznym siebie; oto na polskiej scenie politycznej pojawił się kandydat, który wydaje się mieć autentyczny fun wynikający z miejsca w którym jest i entuzjazmu dla tego co może osiągnąć. W dodatku startuje bez obciążeń, bo nie ma nic do stracenia, zaś z pozycji w której jest może tylko iść w górę.

W każdych warunkach politycznych żona kandydata na prezydenta odgrywa znaczącą rolę przyciągając elektorat kobiecy. W Ameryce, jak i Polsce naród ma problemy z zaakceptowaniem na prezydenta rozwodnika i żony prezydenta mówiącej z akcentem. Barack Napieralski i tutaj wpasował się w image prezentując swą przystojną żonę i dwie urocze córeczki fikające przed fotoreporterami koziołki, zaś wyraźnie odczuwalne lekceważenie ze strony politycznego establishmentu wyszło polskiemu Obamie jedynie na dobre, gdyż naród Waszyngtona jak i Pułaskiego uwielbia czarne konie.

Pokolenie spod znaku Change!

Fenomen Baracka Napieralskiego na polskiej scenie politycznej potęguje zjawisko, o którym bąkają tylko publicyści, wydają się zapominać pochyleni nad szachownicami politycznych knowań politycy, ignorują upolityczniający polskie stacje telewizyjne dziennikarze pozycjonujący się w hierarchiach redakcji wzdłuż linii politycznych okopów wykopanych  przez swych medialnych wodzów.

Ten ignorowany przez medialno-polityczny establishment fenomen narodu polskiego to  szybkie dorastanie młodszej części społeczeństwa do grupy rozwiniętych demokracji europejskich. Dokonuje się ono szybciej niż scenariusze spisków panów polityków zajętych na ogół strzelaniną do siebie zza węgła.

Zwycięstwo Grzegorza Napieralskiego pokazuje, że w polskim społeczeństwie pojawiła się  nowa jakość; pokolenie wyborców, już wyposażone w karty do głosowania, które dość ma politycznych sporów,  afer, oskarżen, haków i wytykań palcami czynionych przez tych samych ludzi od wielu lat. Pokolenie dla którego okrągły stół to mebel w kształcie koła, które chce pracować, jeździć na narty w Alpy,  czytać Kindle z iPada,  flirtować z blondynkami z Australii na Facebooku i po prostu żyć, a które w skłoconych aktorów polskiej sceny politycznej rzuca dziś pomidorami i krzyczy: Change!

Jest to krzyk społeczeństwa otwartego, które chce także czytać gazety prezentujące różnorakie opinie i oglądać dzienniki telewizyjne, w których społeczeństwo może zobaczyć, że gdzieś jest inny świat niż pływające po rozlanych rzekach koty i pontony, które nie chce monowładzy, monowiedzy, monotelewizji i monoredaktorów przemalowujących się na coraz to nowe kolory na każdym zakręcie władzy.

Do tego społeczeństwa nie dorośli ani politycy ani media ani dziennikarscy guru podjudzający dla wyników oglądalności (a raczej wściekłości) naród do sporów, których ten ma dość.

Były amerykański Sekretarz Obrony Donald Rumsfeld mówił o „nowej i starej Europie” – ja myślę o nowej i starej Polsce. W tej nowej, młodszej, otwartej i mniej pamiętliwej jest nadzieja. I mnie tam się ona podoba.

Mariusz Max Kolonko

Topics: BARACK OBAMA, GRZEGORZ NAPIERALSKI, KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, WYBORY W POLSCE | No Comments »

GLADIATOR CESARZA – jak Sikorski mógł zostać prezydentem

By Max Kolonko | June 18, 2010

czyli jak Radek Sikorski mógł zostać Prezydentem.

(Poniższy tekst powstał w okresie prawyborów i był przesłany do działu Opinie jednej z czołowych polskich gazet. Do publikacji nie doszło.)

Wzorowany na amerykańskiej tradycji politycznej prawyborczy show Platformy Obywatelskiej  był zdumiewającym hocus-pocus. Oto kiludziesięciotysięcznej partii politycznej udało się zaserwować 38. milionowemu narodowi polityczny teleturniej transmitowany w swym finale przez wszystkie stacje informacyjne kraju. Naród otrzymał poczucie uczestnictwa w demokratycznym procesie wyborczym kandydatów rządzącej partii. Partia otrzymała do ręki – pół darmo – medialny megafon. Kowalski dowiedział się m.in., że kandydat Komorowski poznał żonę w harcerstwie, a dla żony kandydata Sikorskiego język polski szeleści.

Nużące i sztywne widowisko telewizyjne, które z prawyborczą debatą amerykańską miało tyle wspólnego co pasta do butów z podłogą, złapał w TVP Info mniej widzów, niż piosenkarka Natalia Lesz przewracająca się na YouTube w łóżku wyłożonym piórami.

Medialni grotołazi złapali za telefon i jęli się piąć po teczkach mrocznych archiwów Oxfordu blokując na kilka godzin centralę uniwersytetu. W Bydgoszczy ktoś daremnie szukał sprawcy wybitej 30 lat temu szyby przy boisku ogólniaka, gdzie z Sikorskim graliśmy po lekcjach w nogę.

Tymczasem, jak w Rzymie gladiatorów, jeden z walczących, jeszcze przed walką miał podcięte żyły. Ustawienie Sikorskiego na prezydenckiej arenie wymierzone było w reelekcję Kaczyńskiego w oczekiwaniu na spodziewaną kanonadę wyniszczającą obu panów do której rychło doszło ( „haki na Sikorskiego”) ale z której Prezydent szybko się wycofał.  Gladiator cesarza otrzymał wtedy drugą misję: wypromować właściwego kandydata partii. Zwycięstwo konkurenta Sikorskiego było zamierzone jednak  nie: ustawione. Rzucona w Sikorskiego zachęta cesarza: walcz! była w istocie wezwaniem do spełnienia partyjnego obowiązku i honorowej ofiary pro partia bono.

Wydaje się mało prawdopodobne, żeby Sikorski nadchodzącego rezultatu tej politycznej maskarady nie widział i nie wiedział, że z punktu widzenia amerykańskich kampanii wyborczych  miał w prawyborach dwa momenty w których mógł nieoczekiwanie stać się polskim Maximusem – zwycięskim ulubieńcem tłumów znanym z oskarowego filmu Ridley Scotta, Gladiator.

Groźba bojkotu prawyborów

Była to groźba realna, którą Sikorski rozważał i sygnalizował domagając się telewizyjnej debaty. Był to bunt przeciwko regułom gry, które każą mu polec. Decydując się na bojkot prawyborów pod takim czy innym pretekstem Sikorski musiałby jednak pogodzić się z niemożnością pokonania przeciwnika, a to w przypadku tego polityka wydaje się być ambicjonalnym no-no.

Kontynuacja walki o prezydenturę z pominięciem prawyborów – w warunkach europejskich partii politycznych stosujących, odmiennie niż w Ameryce, silną dyscyplinę partyjną – oznaczałaby także sprzeniewierzenie się własnej partii i groźbę stoczenia sie w polityczny niebyt, który wypominał mu niegdyś prezydent Kaczyński. W swej partii politycznej Sikorski otrzymałby przydomek, który już kiedyś dała mu bezpieka: bastard (bękart). Teraz jednak byłby to bękart, który sprzeniewierzył się dyscyplinie partyjnej wykonując polityczny fikołek dla dobra mas.

Sikorski stałby się kandydatem niezależnym, na wysokim stanowisku w rządzącej partii politycznej;  taką Hillary Clinton w spodniach, która choć w prawyborach była przekleństwem Obamy, zmusiła go do tolerancji i ustępstw zachowując niezależność i egzystencję na drabinie politycznej władzy jako Sekretarz Stanu. Jakiekolwiek próby zdjęcia go z tej drabiny byłyby dla premiera ryzkowne i nie sądzę, żeby były warte zachodu: Sikorski stałby się wtedy politycznym męczennikiem, doskonale uzupełniając swój polityczny życiorys i podnosząc swoją pozycję w rankingach – to jest o tyle, o ile potrafiłby poskromić  swą ambitną i wyposażoną w politycznego zęba żonę trzymając ją z dala od polityki i mediów. Polska jak i Ameryka ma poważny kłopot z akceptacją  na prezydenta zarówno rozwodnika jak i żony prezydenta mówiącej z obcym akcentem.

Sikorski znajdowałby się zatem w politycznej próżni ale nie groziłby mu niebyt – każda próba odsunięcia go ze stanowiska czyniłaby z niego populistycznego kandydata narodu, który w swej masie, podobnie jak i naród Waszyngtona, lubi czarne konie. PO byłoby dla Sikorskiego jak statek, który wiezie niechciany towar ale którego nie może się pozbyć. Przyjęcie takiej strategii prezydenckiej kampanii oznaczałoby też konieczność otwarcia się Sikorskiego na PIS i SLD, co co dla polityka kompromisu, którym każdy prezydent być powinien, wchodziłoby już w rachubę i pozbawiłoby go archaicznego imagu wojującego antykomunisty. Już w tej chwili Sikorski jest politykiem zabierającym głosy prezydenckiemu kandydatowi własnej partii. Z tego powodu zarówno prezydent jak i koalicjanci powinni zabiegać o utrzymanie Sikorskiego na politycznej scenie widząc w nim bardziej sprzymierzeńca, niż konkurenta. Niezależny i otwarty do rozmów Sikorski byłby dla koalicji graczem, którego lepiej mieć przy sobie, niż przeciwko sobie.

Mity i reality

Politycy Platformy umiejętnie lansują obraz Polski jako „7. potęgi gospodarczej Europy” przypominając wynik PKB pozycjonujący Polskę wśród europejskich tygrysów. Miliarder Ross Perot, kandydując w wyborach prezydenckich w 1996 roku obalał podobne mity paradoksem ekonomii: „jeżeli fabryka produkuje jeden długopis rocznie, a drugiego roku wyprodukuje dwa długopisy – jest to w księgach rachunkowych wzrost o 100 % . Ale są to ciągle tylko dwa długopisy.”- mawiał.

Poczucie dysonansu między deklaracjami polityków, a prozą życia polskiego „Joe The Plumber” ( Janka Hydraulika ) odczuwaną przez polskie społeczeństwo, jest jednym z kluczy do prezydenckiego pałacu. Polska nie potrzebuje prezydenta-szefa MSZ gwarantującego „Polskę eksportową” – to gwarantować powinien szef MSZ. Polska potrzebuje reprezentanta narodu, walczącego o życie zwykłych ludzi w zwykłym kraju; zwykłego człowieka, jednego z nas (albo kogoś, kto przynajmniej takie sprawia wrażenie…).

Aby takim kandydatem być Sikorski musiałby porzucić partyjny scenariusz, a zamiast przewracać w debacie kartki z przemówieniem rysującym wizję polskiego supermocarstwa, mówić z głowy do narodu jak Obama do tłumów w Chicago: o płacach, pracy, portfelach i pustych kieszeniach. Podobny błąd popełniła Hilary Clinton w wywiadzie dla ABC rozpoczynając prawyborczy wyścig od deklaracji „prezydentury, która odbuduje opinię Ameryki na świecie” co w sumie kosztowało ją prawybory w Iowa.

I ty zostaniesz prezydentem

W amerykańskich warunkach przyjmuje się, że potrzeba $100 mln, żeby kandydować w prezydenckich wyborach – kilka razy więcej, żeby je wygrać. W polskiej rzeczywistości politycznej potrzeba zaledwie ok. $ 5 mln dolarów, żeby zalać telewizje reklamówkami wyborczymi i drugie tyle, żeby przeprowadzić zgrabną, merytoryczną kampanię wyborczą na 38. milionowym narodzie. Dziś jest już w Polsce wielu biznesmenów, którzy co roku zostawiają połowę tych kwot w Las Vegas ale mało jest możliwości wpuszczenia takich kwot w krwiobieg polityki. W Ameryce przepływ pieniędzy do kandydatów umożliwiają zwolnione z podatków tzw. 527-ki, grupy interesu, które mają prawo zbierać pieniądze na wybranego kandydata o ile robią to bez współdziału z partią polityczną bądź samym kadydatem i ok. 1500 prywatnych organizacji akcji politycznej (PAC) wspieranych przez 17 tysięcy lobbystów Kongresu. W Polsce lobby biznesu nie powinno być przez politykę prześladowane -  a przyciągane, pozwalając ustrzec naród przed władzą sprawnie zarządzanych, politycznych koterii.

Systemy polityczne Polski i USA, mimo podobieństw, są odmienne ale obydwa narody są zbliżone światopoglądowo. W Ameryce 70 % społeczeństwa ocenia się jako konswerwatywno-centrowe. Zródła sukcesu politycznego Platformy Obywatelskiej biją z tej samej skały co źródła porażki wyborczej Busha: Obama wygrał dzięki zniechęceniu centrum do rządów konserwatywnych przywódców kraju.

Prawybory PO w Polsce, choć ożywiające scenę polityczną, nie mają jednak z amerykańskimi prawyborami wiele wspólnego. W amerykańskim systemie politycznym, gdzie prezydentem – jak śpiewał John Mellencamp w Pink Houses ”możesz być i ty”, w prawyborach udział biorą wyborcy, nie: aparat partyjny. W Polsce samo posądzenie o aspiracje prezydenckie może relegować dziennikarza z pracy, być powodem ostracyzmu politycznego, społecznego i oskarżeń o nadmiar chorobliwych ambicji, choć przecież prezydentura nie powinna być tylko przywilejem polityków. Najwyższy urząd winien być marzeniem, które może być udziałem każdego: lekarza czy nauczycielki, dziennikarza czy stolarza, prawnika czy ekonomistki, powodem do dumy wynikającej z chęci walki o lepszy kraj, mantrą powtarzaną każdemu dziecku przy każdej okazji: You can be the President! ( I ty możesz zozstać prezydentem).  Tego co było także inspiracją prezydenta Obamy i pokolenia spod znaku Yes We Can.

Mariusz Max Kolonko

www.maxkolonko.com

Topics: RADEK SIKORSKI, WYBORY W POLSCE | 1 Comment »

Tajemnica lotu PLF 101 – Max Kolonko dla The Huffington Post

By Max Kolonko | April 27, 2010

Tłumaczenie publikacji w The Huffington Post z dn. 26 kwietnia, 2010r.

Sledztwo w sprawie przyczyn katastrofy polskiego samolotu  w Smoleńsku  z uwagi na polityczny wymiar katastrofy – tragiczna smierć polskiego prezydenta na terytorium obcego państwa  - może być narażone na wiele politycznych nacisków,  które mogą przeszkadzać w ustaleniu faktycznych przyczyn wypadku – ostrzega zastrzegająca sobie anonimowość osoba zbliżona do prowadzonego śledztwa.

Samolot prezydenta Polski nie był ubezpieczony. Oznacza to, że strona winna tragedii może liczyć się z koniecznością wypłaty wielomilionowych odszkodowań rodzinom ofiar.

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że polski prezydent lecial do Smoleńska by upamiętnić masowe morderstwo polskich oficerów w Katyniu w czasie II Wojny Swiatowej z sowieckich rąk. “Katyn jest miejscem przeklętym”-  powiedział byly polski prezydent Aleksander Kwaśniewski o katastrofie. Inni porównują tragdię w Smoleńsku do “Katynia numer dwa”.

Gdyby okazało się, że winę za katastrofę samolotu ponosi choćby w części strona rosyjska, jak choćby poprzez błąd kontrolerów lotniska w Smoleńsku bądź niesprawność lotniska – mogłoby to zaostrzyć stosunki polsko- rosyjskie, które od lat nie należą do najlepszych – podają źródła.

Pytania

W prasie pojawiło się zdjęcie pracowników lotniska w Smoleńsku wymieniających żarówki w reflektorach  na podejściu do lotniska pod nadzorem rosyjskiego oficera. Polski prokurator wystąpił o wyjaśnienia w tej sprawie  do strony rosyjskiej. „Pytanie prowadzących dochodzenie powinno brzmieć: czy była to czynność zaplanowana wcześniej czy też doszło do niej w następstwie wypadku” – twierdzi Greg Phillips, były inspektor ds katastrof  lotniczych Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, NTSB.

Cztery dni przed lądowaniem prezydenta Polski na tym samym lotnisku w Smoleńsku lądował premier Rosji Władimir Putin i polski premier Donald Tusk. Wg niepotwierdzonych raportów Rosjanie wyposażyli wówczas lotnisko w dodatkowe oprzyrządowanie do lądowania tzw. MMLS – Mobile Microwave Landing System, które po zakończeniu wizyty zdementowano – wiadomość, która wywołała w Polsce teorie spekulacyjne na temat przyczyn katastrofy.

Rosjanie, którzy prowadzą śledztwo w sprawie tragedii w Smoleńsku dotąd nie odpowiedzieli czy ta informacja jest prawdziwa i jeśli tak , dlaczego nie udostępniono tego samego sprzętu nawigacyjnego pilotom samolotu polskiego prezydenta.

Według polskich doniesien prasowych Rosjanie czynią jednak wszystko by współpraca nad  samym dochodzeniem przebiegała sprawnie.  Niezależnie od Rosjan dochodzenie w sprawie okoliczności wypadku prowadzi również polska prokuratura.  Sledztwo koncentruje się m.in.  na odczytaniu i synchronizacji zapisów z czarnych skrzynek odzyskanych z wraku polskiego samolotu.

Czyje są czarne skrzynki?

Jak podaje polski dziennik Rzeczpospolita,  polski prokurator generalny Andrzej Seremet powiedział, że polscy eksperci „otrzymaja od Rosjan stengoramy z rozmów z czarnych skrzynek nie zaś same skrzynki.”

Przyjęcie takiej procedury w śledztwie budzi zdziwienie amerykańskich ekspertów.

Wedlug załączników 6 i 13 dotyczących reguł postepowania w sprawach  katastrof  lotniczych zawartych w Chicagowskiej Konwencji Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego ICAO, którego Polska i Rosja są sygnatariuszami, polscy śledczy powinni być bezpośrednio zaangażowani w proces analizy zawartości czarnych skrzynek.

Greg Phillips, były śledczy NTSB uważa, że polscy śledczy powinni odzyskać czarne skrzynki po zakończeniu rosyjskiego śledztwa, gdyż są one własnością rządu polskiego, podobnie jak i wrak rozbitego samolotu.

Ekspert przyznaje jednak, że nie jest jasne czy reguły ICAO dotyczące lotnictwa cywilnego mogą być zastosowane w odniesieniu do samolotu prezydenckiego obsługiwanego przez Siły Powietrzne Polski.

Latająca Trumna

Prezydent Polski latał marką samolotu o dyskwalifikującej historii wypadków lotniczych (40 od 1970 r.) Polscy dziennikarze nazywali go Latająca Trumną, piloci w Ameryce: Niebezpiecznym. Według danych magazynu Ascend, Tu-154 ulegał tragicznemu wypadkowi  co 431, 200 lotów w porównaniu z jednym wypadkiem Boeinga 737 na 2.68 milionów lotów.

Kwestia modernizacji samolotów rządowych pojawiała się w Polsce od lat 90. ale z różnych powodów nie była realizowana.

W 2007 sprawa zakupu  samolotów rządowych  stała się częścią walki politycznej, kiedy premier Donald Tusk  zaproponował  by delegacje rządowe latały samolotami rejsowymi co było zgodne z oczekiwaniami społecznymi. Ankieta w polskiej edycji Newsweeka wykazała, że większość ankietowanych Polaków uważa, że władze powinny latać samolotami rejsowymi. W lutym 2008 r. premier Donald Tusk udał się do Waszyngtonu z oficjalną wizytą do Białego Domu samolotem rejsowym polskich linii lotniczych LOT.

„Samolot nie zawiódł”

Wstępne ustalenia dochodzenia w sprawie wypadku polskiego samolotu prezydenckiego wykazują, że lot PLF 1010 schodził do lądowania w gęstej mgle, kiedy ok. 1000 metrów przed pasem startowym uderzył w stałą instalację, potem ścinał drzewa, co spowodowało zderzenie z ziemią w pozycji odwróconej, zabijając wszsytkich pasażerów na pokładzie.

Zdaniem Grega Philipsa nic nie wskazuje na defekt maszyny. Samolot dotarł do lotniska bez problemów, nie wysłano alarmu co wskazuje, że prawdopodobnie nie było problemu z samolotem – podkreśla Phillips.

Tajemnicę katastrofy samolotu polskiego prezydenta pogłębia fakt, że był on wyposażony w system ostrzegania TAWS ostrzegający pilota o możliwym zderzeniu z ziemią.

Jeśli urządzenie działało sprawnie byłby to pierwszy wypadek samolotu z takim urządzeniem w historii lotnictwa- zauważa John M. Cox, konsultant ds. bezpieczeństwa lotów i jeden z największych ekspertów ds. katastrof  lotniczych.

Zdjęcia powypadkowe ukazują, że układ podwozia kołowego samolotu znajdował się w momencie zderzenia z ziemią w pozycji opuszczonej. Oznacza to, ze samolot schodził do lądowania jednak znajdował się ok. 1000 metrów od miejsca w którym powinien się znajdować. System powinien zadziałać. Jest dla mnie tajemnicą, dlaczego załoga mogłaby to zignorować – dodaje Cox.

Pawidłowość funkcjonwania systemu TAWS można określić badając dane lotu zarejestrowane w microchipie systemu  TAWS u wytwórcy, firmy Universal Avionics Systems z Tucson w Arizonie. Firma odmówiła komentarza w tej sprawie z uwagi na trwające dochodzenie.  Amerykańscy eksperci podkreślają jednak, że system  TAWS mógł nie zawierać map topograficznych rejonu lotniska w Smoleńsku, gdyż lotnisko zmienieło swój status z wojskowego na cywilny zaledwie kilka miesięcy przed katastrofą.

Polsko-rosyjski dylemat

Według b. śledczego NTSB, Grega Phillipsa, pilot prezydenckiego samolotu schodząc do lądowania w ograniczonej widoczności mógł zastosować tzw. look-see approach, podejście polegajace na wizualnym wyszukiwaniu lotniska. W manewrze tym samolot schodzi do lądowania bazując na wskazanich instrumentów do momentu, w którym pilot polega na orientacji wzrokowej.

Jest to manwer uważany przez pilotów za bardzo ryzykowny i jest zakazany przez Federalną Adminstrację Lotnictwa FAA dla większosci lotnisk cywilnych w Ameryce dla samolotów komercyjnych.

Jednak John M. Cox, który jako pilot wylatał na Boeingach tysiące godzin podaje, że piloci Polskiego Air Force One  mieli prawo do podjęcia takiej próby lądowania.

Zdawali sobie sprawę z ograniczeń nawigacyjnych lotniska w Smoleńsku i schodząc do lądowania przy ograniczonej widocznosści musieli użyc tzw. non-precision approach, dozwolonego dla typu samolotu jakim jest samolot prezydenta- uważa Cox.

Istota takiego podejścia polega na tym, by koncetrując się na wskazaniach wysokościomierza w żadnym wypadku nie zejść poniżej pułapu MDA (minimalnej wysokości schodzenia) przed uzyskaniem wzrokowego kontaktu z pasem lotniska.

Eksperci zgadzają się, że jest to trudne podejście i bywa częstą przyczyną katastrof  lotniczych.

19  pażdziernika 2004 r. jet samolot Jetstream BAE-J3201 Corporate Airlines schodząc do lądowania podczas nocnego podejścia sposobem non-precision uderzył w drzewo i runął na ziemię przed pasem startowym lotniska Kirksville w stanie Missouri.

Były ekspert NTSB Greg Phillips wskazuje na, jego zdaniem, inny istotny element tragicznego lotu PLF101.

Zastanawiające jest dlaczego piloci trzykrotnie okrążali lotnisko i co stało się na pokładzie samolotu w tym czasie co spowodowało, że pilot podjął decyzję o lądowaniu – pyta Phillips.

Wydaje się, ze kluczem do poznania przyczyn tego wypadku będzie ustalenie czy pilot podejmując decyzję o podejściu do lądowania w stylu look-see miał autoryzację na tak ryzykowny manewr- uważa były śledczy NTSB i dodaje: Autoryzacja dotyczy nie tylko samego pilota prezydenckiego samolotu czy osoby podejmującej decyzje na jego pokładzie ale także władz sprawujących kontrolę nad ruchem samolotów na lotnisku, które w istniejących warunkach pogodowych powinno być zamknięte.

Mariusz Max Kolonko – The Huffington Post

The Huffington Post jest największym portalem opiniotwórczym w Ameryce (odwiedza go 22 miliony użytkowników miesięcznie).

W Huffington Post publikują swe artykuły gwiazdy publicystyki USA (głównie liberalne) jak Arianna Huffington, Joe Scarborough, politycy: m.in. Barack Obama, Hilary Clinton, Madeline Albright, John Kerry, Nancy Pelosi, oraz celebrities: m.in. Robert Redford, Mia Farrow, Donna Karan, Michael Moore, Alec Baldwin, Jamie Lee Curtis.

Topics: KATYN, KOLONKO W HUFFINGTON POST, SMIERC PREZYDENTA POLSKI, TAJEMNICE I ZAGADKI | 1 Comment »


« Previous Entries

Mariusz Max Kolonko Blog is proudly powered by WordPress
Entries (RSS) and Comments (RSS)