Jak FACEBOOK przestał być cool
By Max Kolonko | February 2, 2012
( Publikacja w The Huffington Post – CZYTAJ )
Z szacunkową ceną 100 mld dolarów i największą bazą danych osobowych świata, Facebook wchodzi na nowojorską giełdę.
Srodowa zapowiedź wejścia Facebook Inc. na giełdę Wall Street ma przynieść portalowi 5 mld dolarów i ustawić jego wartość rynkową na ok.100 mld dolarów. Internetowa sieć socjalna, która 8 lat temu zaczynała od inwestycji 15 tysięcy dolarów i kolekcji fotek „gorących” studentek stworzyła molocha zrzeszającego dziś 800 mln ludzi na sześciu kontynentach. Facebook stanie się jedną z największych firm świata. Gdyby Facebook był państwem, miałby PKB większy, niż Slowacja i cztery razy większy, niż Litwa. Jesli wszystko pójdzie po myśli inwestorów, założyciel Facebooka, Mark Zuckerberg, na swoje 28 urodziny w maju tego roku stanie się 23. najbogatszym człowiekiem na ziemi. Przynajmniej na papierze.
Fabryka Niczego
Facebook nie produkuje nic, prócz kawiarnianego szmeru. W nim wymieniamy się zdjęciami opiniami; Mój pies i ja. Jola i Tola w Tora Bora.Trzecie dziecko Krysi chodzi. A mnie boli mały palec. Gdy pytam maklerów giełdowych Wall Street, czy ten internetowy szmer wart jest100 mld „nieżywych prezydentów” jak na Brooklynie nazywa się dolary, drapią się po głowach. Sprzedawca gazet w kiosku na Trzeciej Aleji już bardziej po prostu w głowę się puka. Pytał znajomych – uważają tak samo. Ma ich 360. Rzecz jasna, na Facebooku.
Na Facebooku ma swój profil sprzedawca arbuzów z Wietnamu i prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Możesz mu posłać zdjęcie swojego psa i skomentować tort prezydentowej z jej urodzinowego przyjęcia.
Facebook urósł w potęgę w ciągu zaledwie 8 lat. Bycie na Facebook jest cool. Stało się symbolem pokolenia zwanego Gen Y – dzieci baby boom generation opiniujacych w mniej, niż 140 liter (Twitter), sluchających Swedish House Mafia i przeróbek pokoleniowych songów stworzonych przez ich rodziców wybijanych teraz w rytmie techno. Pokolenia, które en masse nie stworzyło dotąd nic godnego uwagi poza długami na kartach kredytowych rodziców. Nic, prócz Facebooka.
Mark Zuckerberg najsłynniejszy reprezentant pokolenia Y ciągle chodzi w laczkach do pracy ale myśli już jak znienawidzeni przez jego generację bankierzy z korporacji na Wall Sreet fundując facebookowej społeczności swoisty hocus pocus.
Polega on z grubsza na tym, ze Facebook w ośmiolatkę zrobił to, co od dziesiątek lat usiłowali robić domokrążcy bezskutecznie zatykając w nasze drzwi ulotki reklamowe, które wyrzucamy hurtem do kosza nie otwierając nawet koperty. Faceboook podał nam to, jak trojańskiego konia. W domowym komputerze wraz ze zdjęciem naszego dziecka umazanego urodzinowym tortem, które załadowaliśmy sami.
Prawdziwa twarz Facebooka
Dzieki sposobie, w jaki FB funkcjonuje (prześlij ulubioną fotkę, napisz o czymś grupie przyjaciół, lubisz to?) , Facebook wie już m.in., że masz dziecko. Wie, sądząc po jego zdjęciu (to z tortem), że dziecko łyka słodycze i z danych w profilu wie, że mamusia jest po trzydziestce i nie dba o dietę. Wie też, gdzie mieszkasz, wie nawet czym jeździsz, bo obok jest wasze zdjęcie w Cadillacu Escalade na wczasach na Florydzie. Wie zatem także, gdzie jeździsz na wakacje i wie, że jeżdżąc drogim autem, dobrze zarabiasz. Zobaczysz zatem na swoim profilu reklamę aut z górnej półki i kupony z restauracji w Miami. Facebook połyka reklamy jak twoje dziecko czekoladę. Do Facebooka należy 28% całego rynku banerów w internecie. Drugi z kolei Yahoo ma mniej niż połowę tego. Google 3.5%.
Facebook wie, kto jest twoim mężem, żoną. Wie kto jest sąsiadką, a kto koleżanką, zaś po liczbie kliknięć „lubię to” wie nie tylko co ty lubisz ale i co ona lubi i co lubi twoja przyjaciółka i 4999 innych przyjaciół, których nieopatrznie przygarnąłeś do swojej szerokiej, facebookowej piersi mimo, że tak naprawdę nie wiesz często kim owi „przyjaciele” są i czym się w istocie zajmują.
Tak powstała baza danych Facebooka, która przyćmiewa wszystko, co stworzyły pazerne na informacje osobowe kompanie telefoniczne, czy wyszukiwarki Google. Facebook dysponuje dziś bazą zdjęć spakowanych w tysiącach terabitów, ładowanych przez facebookowców w tempie 250 mln dziennie. Biblioteka, która przewyższa kilkaset razy Biliotekę Kongresu Stanów Zjednoczonych i bazy Aurora i Hawkeye sieci telefonicznej AT&T uważane dotąd za największe na świecie, a do których przyłożyła ucho Narodowa Agencja Bezpieczeństwa USA inwigilująca świat siecią globalnego podsłuchu Echelon.
Największa (dobrowolna) sieć szpiegowska świata
Dzieki Facebookowi możesz zobaczyć, gdzie twoja eks-dziewczyna spędziła wakacje i z kim teraz kręci (jeśli masz kłopoty ze snem w tej sprawie w nocy), możesz poznać upodobania pięknej nieznajomej i zaskoczyć ją pod jej domem (co za przypadek!), uwagą na temat filmu, który wiesz, że lubi (coś takiego!). Możesz pojść do jej ulubionej (nie do wiary- mojej też!) restauracji i wypić z nią ulubionego (popatrz, ja też to uwielbiam!) drinka.
Możesz również obrabować bank i używając zręcznego oprogramowania, udowadniać potem w sądzie, że jesteś niewinny, bo właśnie w tym czasie czatowałeś na Facebooku. Możesz też otrzymać niepodważalne alibi. W 2009 roku 19. latek z Harlemu został oczyszczony z zarzutu napadu z bronią w ręku. Przyniósł do sądu dokumentację wskazującą, że gdy popełniono przestępstwo był w swoim domu, gdzie aktualizował swój status na Facebooku.
W ub. roku policja w Austin w Texasie założyła na FB stronę, której używa do szybkiej identyfikacji poszukiwanych złodzieji. Ma już zarejestrowanych ponad tysiąc facebookowych informatorów. W Wisconsin policja ukarała mandatami 19 nieletnich za pijaństwo na podstawie zdjęć, którymi pochwalili się na Facebooku. Władze amerykańskich uniwersytetów regularnie przeglądaja wpisy swoich studentów na Facebooku, by zobaczyć, czy w akadamikach zachowują się jak trzeba. Według Grupy Uczelnianej Wydziału Prawa Uniwersytetu Suffolk w Bostonie, Facebook stał się także głównym źródłem pozyskiwania przez prawników informacji w sprawach rozwodowych.
Facebook pozwala ci także na szpiegostwo twoich przyjaciół. Ładując aplikację „kto się gapi na twoje fotki” możesz zobaczyć kto ogląda zdjęcia na twoim profilu. Z tej szpiegowskiej aplikacji korzysta aż 450 tys. użytkowników miesięcznie. Furorę zrobił niedawno FanCheck – aplikacja zezwalająca na podglądanie kto ze społeczności Facebooka odwiedził twoją stronę i jak często. Facebook zdelegalizował aplikację choć jej różne klony ciągle są dostępne w sieci. Mówi się, że gadżet wymyślili sami programiści portalu. Uznali ją jednak za zbyt niebezpieczną z powodu konsekwencji prawnych dla firmy (np. żona dowiaduje się, że mąż ciągle ogląda zdjęcia jego eks, więc morduje go z zimną krwią. Facebook trafia do sądu o nieumyślne spowodowanie morderstwa).
Choć Facebook ma zabezpieczenia prywatności jeszcze przed miesiącem twoje ustawienia traciły moc za każdym razem, kiedy firma dokonywała update stron (a robi to dość często) Wtedy ze zdumieniem mogłeś zobaczyć, że np. twój numer telefonu, który był oznaczony w informacji o tobie, jako „widoczny tylko dla ciebie”, jest do wglądu dla każdego użytkownika internetu, o czym dowiesz się najpierw po serii telefonów od sprzedawców.
“Możesz zmienić swoją datę urodzin ograniczoną liczbę razy” (z instrukcji Facebooka)
Kiedy w 1998 roku jadłem lunch na dole Manhattanu ze Stephanem Paternotem współtwórcą TheGlobe.com zauważyłem z niejakim zdumieniem, że założyciel popularnego dotkomu, które poprzedniego dnia zadebiutowało na Wall Street przynosząc mu 50 mln dolarów zysku, nie miał pieniędzy na lunch. Zapłaciłem za rachunek i założyłem na głowę otrzymany prezent; czapkę z logo firmy. Dobrze zrobiłem, bo czapka okazała się być wszystkim, co z firmy zostało. Cena TheGlobe.com w ciągu kilku lat od wejścia na giełdę spadła z $97 do 10 centów za akcję. Dziś praktycznie nie istnieje.
Pamiętamy MySpace? Jeszcze kilka lat temu MojeMiejsce było cool. Było miejscem, gdzie musiałeś być. A jednak najbardziej uczęszczana sieć socjalna świata kupiona w 2005 roku przez News Corporation Ruperta Murdocha za $580 milionów, przez następnych 6 lat po wejściu na giełdę skurczyła się z 1600 pracowników i 100 milionów odwiedzających stronę do 200 pracowników i 31 milionów użytowników obecnie. Murdoch sprzedał w ub. roku swą $580 milionową inwestycję za $35 milionów i 5 % udziałów kompanii reklamowej Specific Media i aktorowi Justinowi Timberlake.
Losy Facebooka na Wall Street mogą potoczyć sić różnie. W 70 % z portalu korzystaja ludzie młodzi. W Ameryce, której młodzież narzuca światu ton i mody, zmiana zainteresowań przychodzi tak szybko, jak nowy gadżet ze świeżą aplikacją. Ruch Okupuj Wall Street zrzeszający na FB 150 tys. użytkowników po wejściu portalu na giełdę będzie okupował samego siebie. Młodzi lubią konsumpcję ale nie lubią establishmentu ją tworzącego. Facebook i 23 miliarder świata Zuckerberg tym establishmentem się właśnie stał. Facebook przestał byc cool. Stał sie kolejnym korporacyjnym gigantem, który rąbnął nas po cichu wąbiac, jak na bułkę z masłem możliwością globalnej przyjaźni, która okazała się być podszyta marketingowym interesem bogaczy z Wall Street. A my, jak proletariusze wszystkich krajów połączyliśmy się udawaną przyjaźnią w sieci, w która złapała nas korporacyjna chciwość paru cwaniaków grających w golfa.
Facebook informuje cię w instrukcji, że “możesz
zmienić swoją datę urodzin tylko ograniczoną liczbę razy”. W życiu, jak i na giełdzie, pojawiasz się niestety tylko raz. Potem, panie Facebook, możesz już tylko albo żyć, albo umrzeć.
Mariusz Max Kolonko
Share on FacebookTopics: INTERNET, KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, KOLONKO W THE HUFFINGTON POST, MEDIA, MŁODIEZ W AMERYCE | 1 Comment »
10 lat temu w Ameryce
By Max Kolonko | September 11, 2011
- z pamiętnika korespondenta telewizyjnego.
Ludzie mają naturalną tendencję do utożsamiania ważnych wydarzeń świata z wielkimi wydarzeniami w ich życiu. To jest trochę tak jak z Kennedym: gdzie byłeś kiedy go zastrzelono? Gdzie byłeś kiedy w południową wieżę World Ttrade Center wbił się lot numer 175 United Airlines, a lot numer 11 skończył się na dywanie korytarza firmy Marsh USA Inc. na 96 piętrze wieży numer 1?
Jeden z moich kolegów mówił, że siedział na tarasie z widokiem na WTC i pisał pracę naukową z apokalipsą w tytule. Koleżanka była „właśnie w drodze do WTC”, inna była „tuż, tuż” , ktoś inny „miał być ale nie doszedł” itd. Jakby się wszyscy uwzięli, żeby o 8:46 we wtorek 11 września 2001 roku gnać do monolitów wież . Jakby ich ich los miał się tego dnia złączyć z dwiema wieżami ze stali i betonu choć w istocie, w pewnym sensie, się złączył.
Otóż ja byłem w łazience. Goliłem się. Zadzwonił telefon i kolega z redakcji telewizyjnej w Warszawie i powiedział mi co się stało przed chwilą w Nowym Yorku. Taki losowy bzik. Pamiętam, że przełączylem kanał i zobaczyłem dymiącą wieżę WTC. Dymu jeszcze nie było dużo. Wyglądało na wypadek. Jakby jakiś mały samolot wbił się tam. Wieża wyglądała jak pęknięta osłona chłodnicy w moim pierwszym samochodzie.
Pamiętam, że krem do golenia schnął mi na twarzy. Stałem nagi patrzyłem na ten obraz i coś mi tu nie grało. Ostatni raz, kiedy samolot uderzył w wieżowiec w tym mieście, to było prawie pół wieku temu. Był to samolot wojskowy. Była mgła. Najwyższym budynkiem na Manhattanie był Empire State. I wiem już co mi nie grało. Tego dnia był piękny ranek. Widoczność z tamtego szczytu wieży mogłaby sięgać dobrych 50 kilometrów dokoła. To nie mógł być przypadek. Nie dzisiaj.
Co chwilę dzwoni telefon. Na przemian komórka i stacjonarny . Redakcja chce wiedzieć co się dzieje. Przeciągam minutę. Potem drugą. Wchodzimy na żywo. Słyszę głos ze studia i słyszę swoją odpowiedź. Powiedziałem, jak nowojorczyk. Powiedziałem jak człowiek, który przeżył w tym mieście kilkanaście lat. To jest atak. To jest terror. To jest największy akt terroru, jaki można sobie wyobrazić, zaplanowany i obliczony na niespotykaną skalę. Kiedy to mówię, słyszę to samo od kolegi z NBC. Nikt nie wie nic. Jedyne co możesz robić, to mówić, co czują twoje jaja.
Dopiero później dowiedziałem się, że budynek palił się od środka . Płomienie pomału topiły spawy grubych na dwa palce, stalowych konstrukcji. Christa Staub powiedziała mi potem, że jej brat z grupą ludzi pobiegli na dach. Drzwi były jednak zamknięte. Zbiegli na dół. Schody pożarowe są żarodporne ale drzwi prowadzące na nie były również zamknięte. Byli odcięci. Zadzwonili z komórki do kogoś aby powiedział strażakom, by otworzyli te cholerne drzwi. Poniżej miejsca, w które uderzył samolot, było mniej dymu. Ludzie zbiegali w dół po schodach. Widzieli strażaków mozolnie wnoszących po schodach butle z tlenem… jak powiedział jeden ze świadków zastygając w nagłym wspomnieniu: „młodych, silnych ludzi, którzy ocierając pot z czoła, szli po swoją śmierć.”
***
Kiedy w wieżę południową wbił się drugi samolot, góra wieży Numer Jeden dymiła jak Titanic na Atlantyku. Dzień poźniej dopiero dowiedziałem się co działo się na pięciu piętrach między miejscem zderzenia i szczytem wieży.Widziałem zdjęcia kolegów z CBS: człowiek obejmujący lśniącą w słońcu belkę aluminium stał na 108 … kobieta w rozwianej pędem wiatru fioletowoczarnej sukni lecąca ze szczytu twarzą w dół. Leciała długo, kamerzysta miał czas by zzoomować. Przebierała w powietrzu rękami, jakby chciała odepchnąć od siebie pędzący ku niej beton chodnika. Pomyślałem sobie, że wyglądała trochę jak anioł. Tylko, że anioł szybuje jakoś skosem, poetycko jakby, czy coś. Ona spadała jak kamień.
Po pierwszym uderzeniu w wieżę kilkanaście osób wypadło na zewnątrz. Spadali na ulice i dachy. Burmistrz miasta, Guliani, który był w dole widział, jak powiedział: ”jak człowiek spadał, aż spadł”. Ktoś kazał mu patrzyć w górę, aby coś lub ktoś nie spadł mu na głowę. Więc tak szedł i patrzył, aż zawaliła się wieża numer jeden. Uciekli do wnętrza budynku . Poprowadzili go od drzwi do drzwi ale wszystkie wyjścia pożarowe były zamknięte. Ktoś wpadł na pomysł, żeby przejść na drugą stronę budynku i tam sprobować szczęścia. Kiedy w końcu wyszli, wieży numer dwa już nie było. Słychać było ryk samolotu. Ktoś z jego biura krzyknął – O rany, leci następny! Ktoś inny odkrzyknął spoglądając w górę: nie, to nasz. Nasz?
***
11 września w mieszkaniu na parterze dwurodzinnego domu w Brooklyńskiej dzielnicy Bensonhurst budzik zadzwonił o 6 rano. Urszula Szurkowska wstała pierwsza. Była radosna; jej mąż Norbert miał iść do pracy na 8. co oznaczało, że razem będą jeść sniadanie, razem wyjdą z domu. Norbert Szurkowski pracował w firmie kładącej tapety. Dzień wcześniej otrzymał polecenie, by stawić się do pracy w World Trade Center. Miejsce: 104 piętro firmy Cantor Fizgerald. Norbert miał przyjść do pracy tylko na kilka minut, poprawić coś i wyjść przed 9. nim otworzą się biura. Umówili się, że będą w domu o 10 i pojadą na lotnisko po teściową. Był to dla nich wielki dzień. Urszula była kilka tygodni w ciąży z drugim dzieckiem. Dla teściowej miała być to niespodzianka. (ZOBACZ FILM)
O 8:15 rano Jan Maciejewski, kelner w restauracji Okna na Świat mieszczącej się na szczycie WTC parzył właśnie świeżą kawę. Było cicho i spokojnie, wiekszość 72 pracowników restauracji obsługiwała nasiadówkę firmy Risk Waters Group piętro niżej na 106. Krótko po ósmej było tam już 87 osób głównie z firm Merrill Lynch i UBS Warburg.
Gdzieś w tym czasie Norbert Szurkowski tapeciarz w firmie na Manhattanie rozkładał swe narzędzia na 104 piętrze firmy Cantor Fitzgerald. Spieszył się.
W czasie, gdy samolot American Airlines z 64 ludźmi na pokładzie i 38 tysiącami litrów lotniczego paliwa w skrzydłach pędził 750 km na godz. nad dokami Staten Island w kierunku Manhattanu, w obu wieżach WTC znajdowało się już ok. 10. tysięcy osób.
O 9:46:26 samolot wcina się w stalowe belki WTC lądując na korytarzu biura firmy Marsh & McLennan Companies. Kilkanaście osób wypada przez ściany w dół, na dachy domów. Dopiero pół roku później szczątki jednej z nich znalezione są przypadkowo na dachu posesji półtora ulicy od rejonu zero. Podwozie odrywa się od kadłuba i ląduje na ulicy Rector Street, pięć przecznic dalej uderzając przechodząca po chodniku kobietę, która szczęśliwie przeżyje. Samolot zostawia wyrwę w budynku szeroką na 4 piętra, od 94 do 98. Jak zeznają naoczni świadkowie, trzy piętra poniżej strefy uderzenia nie czuć nic. Nawet kwiaty nie drgną w doniczkach. Dopiero po chwili przychodzi fala uderzeniowa, która promieniuje od góry do dołu wieżowca, trwa trzy, cztery sekundy i powraca w drugą stronę.
Jak ustalily badania rachunków telefonicznych, ktokolwiek znajdował się piętro poniżej lub cztery piętra powyżej 91 piętra tej wieży, nie daje już znaków życia. Żadnych telefonów, żadnych emaili, żadnych zdjęć żywych. Powyżej tego miejsca, na 19 piętrach w północnej wieży znajdowały się 1344 osoby. Dochodzenie ustaliło, że pierwsze uderzenie przeżyło ok. 900 z nich.
Samolot uderza w centrum wieżowca odcinając windy i schody pożarowe. Przeciętymi szybami wind leje się płonące paliwo. Kiedy przybywają strażacy i otwierają pierwsze windy, w środku zastają palące się ludzkie ciała. Znajdująca się tam przypadkiem ekipa francuskich filmowców kręci zdjęcia wycinając jednak te sekwencje z debiutującego na CBS filmu „9/11”. Po schodach płyną wodospady wody z przeciętych rur przeciwpożarowych.
Klatka schodowa na 92 piętrze jest, jak opisują potem świadkowie, którzy widzieli ją z piętra poniżej, zablokowana piętrzacymi się fragmentami gipsowych ścian i gruzem.
Każda z wież WTC ma dwa Centra Dowodzenia. Mieszczą się za oszklonymi pancernymi szybami na 22 piętrze, oraz piwnicach wież, gdzie kręca się taśmy video. W chwili uderzenia w Wieżę Północną w pokoju tym znajdowały się 3 osoby. Konsoleta łącząca ich Centrum z telefonami na piętrach, rozjarzyła się światłami. Dzwonili ludzie uwięźieni w windach i na piętrach z których nie mogli zejść, gdyż drzwi na schody pożarowe były zamknięte.
Wiekszość drzwi pożarowych w WTC otwiera się ręcznie. Ale co trzy lub cztery piętra znajdują się tzw. drzwi ślepe, które można ręcznie otworzyć tylko od strony schodów. W obie strony otwiera je sygnał elektroniczny wysyłany właśnie z Centrum. Na ekranie komputera pojawia się piętro, dotknięcie ekranu otwiera drzwi. Proste.
Ale po uderzeniu samolotu cała ta technologia przestała działać. Ekran stale wyświetlał napis: Access denied. Brak dostępu. Co gorsza ta sama awaria blokuje mechanizm drzwi do Centrum. Trzech jego pracowników jest teraz jak w wiezięnnej celi, do której zbliża się płomień. Wkrótce pomieszczenie zaczyna wypełniać dym, z interkomów znajdujących się w windach krzyczą paleni żywcem ludzie.
Hermaenor Alam, pracujacy w Centrum na tej zmianie, który przeżył, po tym, jak drzwi Centrum otworzyli w końcu strażacy, powiedział potem, że do dziś okrzyki ginących w płomieniach ludzi zrywają go ze snu.
W restauracji na szczycie WTC, gdzie znajduje się Jan Maciejewski, menadżerka restauracji, Dorris Eng, zgodnie z instrukcją pożarową prowadzi swych ludzi piętro niżej na 106, gdzie w lobby wieżowca mieści się gorąca linia z Centrum Dowodzenia WTC. Tam pyta: Co mamy robić?
Odpowiedź z Centrum jest taka, jak instrukcja pożarowa: Czekajcie na przyjście strażaków. Jak ustaliło poźniej dochodzenie, z uwagi na nie działające windy, godzinę po uderzeniu strażacy znajdowali się dopiero w połowie wieżowca. Rośnie temperatura. Przecięte rury kanalizacyjne nie podają wody. Maciejewski dzwoni do domu mówiąc, że idzie szukać wody w doniczkach.
Zdjęcia kamer telewizyjnych wykazują, że szczyt wieży wypełniał się dymem znacznie szybciej niż miejsce bezpośrednio wokół strefy uderzenia. Rozmowy telefoniczne znajdujących się tam ludzi mówią, że w pewnym momencie poprzez dym mogli widzieć tylko 3 metry podłogi przed sobą. Mówią, że zaczyna się uginać sufit i zapadać podłoga. Ludzie zaczynają się kłócić, czy wybijać szyby, czy nie. Jak stwierdzają relacje, ktoś traci panowanie, rozlegają się krzyki rozpaczy. Nim drugi samolot uderzy w wieżę południową zobaczyć będzie można pierwsze osoby skaczące z Północnej Wieży. Łącznie będzie ich 37 a nawet według innych raportów: 50. Jak podał jeden ze strażakow, ich ciała piętrzyły się na betonie dziedzińca. „Wygladały jak góra z korpusów martwych krów”.
Dwa piętra poniżej na 104 piętrze, gdzie jeszcze niedawno Norbert Szurkowski kładł tapetę, jest spokojniej. Północno-zachodni koniec 104 piętra zawierał salę konferencyjną, gdzie teraz zgromadził się tłum złożony głównie z ok. 50 pracowników firmy Cantor Fitzgerald. Dzwonią do rodzin i czekają na pomoc. Będą żyć godzinę i 27 minut.
W południowej wieży WTC system ewakuacyjny INGA podaje przez głośniki opuszczajacym wieżę pracownikom, że mogą powrócić na stanowiska pracy. O czym nie wiedzą, głos jest jedynie nagraną na taśmie instrukcją trzymaną na wypadek fałszywych alarmów.
***
Stanley Praimnath, pracownik banku FUJI, był już na dole południowej wieży, kiedy zawrócił go ochroniarz. Stanley wjechał z powrotem windą na 81 piętro i usiadł przy swoim biurku. Z okien rozciąga się spektakularny widok na Statuę Wolności.
Było krótko po 9. kiedy na horyzoncie, za Statuą Wolności , dostrzegł wąski cień. Był to samolot. Leciał szybko. Jak wykazały badania pędził w kierunku wieży południowej WTC z szybkością ponad 850 km/godz. W tym tempie lot numer 175 linii United pokonywał dwie przecznice ulic w nieco ponad sekundę. Stanley z przerażeniem dostrzegł, że kadłub wykonał nagły przechył kierując się prosto w jego stronę…
Tymczasem na 78 piętrze, gdzie mieści się rozległe lobby, zebrało się ok. 200 osób debatując, czy zejść na dół, czy posłuchać komendy z głośników wzywającej ich do powrotu do biur. Co chwila podjeżdżała ekspresowa winda zjeżdżająca na sam dół WTC. Była przepełniona i co rusz ktoś musiał ustąpić miejsca tym, którzy „mieli dzieci” albo „byli w ciąży”.
- A ja mam konia i dwa koty – fuknęła 34. letnia Karen Hagerty, kiedy nie wcisnęła się do windy.
Punktualnie o 9:02:54 jak pokazują elektroniczne zapisy, światło w Centrum Dowodzenia WTC na 22 piętrze Wieży Północnej na moment przygasa, by ponownie się zapalić. Dokładnie o tej porze nos samolotu United Airlines wbija się w piętro Wieży Południowej WTC, gdzie mieszczą się biura banku FUJI, ok. 40 metrów od miejsca w którym Stanley Prainath schował się za biurko. 78 piętro, gdzie przy windzie ekspresowej do lobby wieżowca zebrało się ok. 200 osób, rozerwał koniec skrzydła. Kilku nielicznych, którzy wyszli żywi z tego miejsca mówi, że zobaczyli przeraźliwy błysk, uderzenie gorącego powietrza i silny podmuch, który zwalił ich z nóg.
Płomień błysnął z centrum podłogi i wnętrza wind i był tak gorący, że na Ling Young, która ocalała, w ciągu sekundy pozostawił oparzenia na 70 % jej ciała. Kiedy eksplozja ucichła, Stanley wyjrzał zza swego biurka. Piętro wyglądało jak po przejściu tornada. Pamięta, że utkwił mu w oczach fragment powłoki samolotu wbity w drzwi jego biura.
Skrzydła będącego w skręcie Boeinga wyrwały w wieżowcu dziurę szeroką na 6 pięter dewastując piętra od 78 do 84. Na 84 znajdowały się stanowiska brokerów firmy Eurobrokers. Wiekszość tego biura przestała natychmiast istnieć.
W ciagu sekund z ok. 200 osób, które znajdowały się przed windami na 78 piętrze, żyło jedynie 12. Karen Hagerty, która nie zmieściła się do windy, według zeznań świadków, nie dawała znaków życia. Kilku było rannych. Pracownik firmy Aon miał złamane obie nogi przywalone blokiem marmuru. Kiedy usiłowano go stamtąd wyciągnąć krzyczał tak przeraźliwie, że dano mu spokój. Nikt go więcej nie zobaczył.
Siła uderzenia odcięła natychmiast zejścia schodów pożarowych z wyjątkiem jednej, tzw. Zejścia A, mieszczącego się na północno-zachodniej stronie wieżowca, które najprawdopodobniej, jak podawał USA Today, ocaliły okalające je maszyny sytemu wind. Zejście to było jedyną drogą do życia. Biegło krańcem wieżowca bezpośrednio na ulicę. Pozostało otwarte przez ok. 30 minut od chwili uderzenia. Ostatecznie tylko 12 osób ze strefy ponad miejscem uderzenia, odnalazło tę drogę. Odnalazł ją także Stanley Prainmath, który wraz z dwoma innymi zaczął tędy schodzić. W pewnym momencie spotkali otyłą kobietę i szczupłego mężczyznę i dwóch innych idących w górę po schodach. „ Nie schodźcie tędy. Za dużo dymu. Nie da się przejść.”- Stanley i jego towarzysze, którzy mimo to, poszli schodami w dół, nie zobaczyli ich nigdy więcej.
W tym czasie na północnej wieży (tej z antenami) na piętrach od 101 do 107, powyżej strefy uderzenia, znajdowało się ok. 900 ludzi. Ci, którzy nie znaleźli przejścia w dół, kierowali się w górę. Na dach. W czasie ataku na WTC w 93 roku wielu ludzi ewakuowały helikoptery właśnie z dachu. Potem jednak od takiego rozwiązania ewakuacji wieżowca odstąpiono. W istocie, tego dnia ewakuacja helikopterami z dachu, jako opcja ratowania ludzi, nie wchodziła w rachubę. Piloci helikopterów wykluczyli zresztą możliwość takiej akcji już 20 minut po pierwszym uderzeniu w WTC. Z uwagi na kłęby gęstego dymu, lądowisko przestało być widoczne. Żaden z uwiezionych w północnej i południowej wieży ludzi nie miał jednak o tym pojęcia. Dlatego szli na górę. Po powietrze. Po życie. Na dach.
Kilka minut poźniej pod drzwiami prowadzącymi na dach zebrał się tłum. Jeden z pracowników WTC myjący na obiekcie okna, miał klucze do drzwi. Przekręcił je w zamku i…nic. Drzwi ani drgnęły.
Aby otworzyć drzwi potrzebny był nie tylko klucz ale i elektroniczny sygnał z Centrum Dowodzenia wieżowcem znajdującym się na 22 piętrze. O tej porze 9:35, na 53 minuty przed upadkiem wieży, nie było już tam nikogo…
Z okien od 104 do 106 zaczynają sypać się ciała.
***
Trzy godziny wcześniej na stacji w Trenton w New Jersey Jim Berger z firmy konsultingowej Aon wsiadł do kolejki w drodze na Manhattan. Była 6:20 rano. Półtorej godziny poźniej wjeżdżał windą na 101 piętro WTC. Miał w ręku kawę, kiedy pierwszy z samolotów rąbnął w wieżę numer jeden. Zadzwonił do żony. Nigdy więcej nie usłyszała od niego ani słowa.
To co przez następne 50 minut działo się z Jimem powiedzieli miesiąc poźniej jego pracownicy. Jim kazał im zjechać windą w dół. Gdyby schodzili schodami nie zdążyliby. Jim dosłownie wpakował wszystkich swoich pracowników, 175 osób, do kolejnych wind. Ostatnia była jego sekretarka. „Pamiętam jego plecy, kiedy zamykały się drzwi windy –mówiła potem dla ABC. – Odchodził korytarzem, chciał sprawdzić czy wszyscy opuścili piętro”. Kiedy zjechała na dół, ich wieża już płonęła. Wszyscy pracownicy tej frmy wyszli z tragedii cało. Wszyscy, poza Jimem. Kiedy nie wrócił wieczorem do domu, jego żona, Suzanne wybiegła zrozpaczona na ulicę. Miała łzy w oczach. Uklękła na środku drogi. Była już noc, cicho. Słychać było jak grały cykady. Suzanne spojrzała w niebo i powiedziała – Boże, cokolwiek masz dla mnie, akceptuję to…. Ale muszę wiedzieć, czy Jim jest tam z tobą… Spojrzała w niebo, które przecięła raptem jasno świecąca, spadająca gwiazda.
Dzień przed symbolicznym pogrzebem męża Susanne Berger otrzymała małą paczkę. W środku była harmonijka ustna i kaseta video. Włożyła kasetę do magnetowidu i nacisnęła przycisk “start”. Zobaczyła człowieka, który grał na gitarze. Tym człowiekiem był Bruce Springsteen. Przeczytał w gazecie, że Jim lubił go słuchać. Więc chciał mu w ten sposób zagrać. Tak po prostu.
***
Kiedy zbliżała się rocznica tragedii WTC, zadzwoniła do mnie Jolanta Pieńkowska. „Maksiu- powiedziała zaczepnie i wiedziałem już czego chce. „Będę 11 września prowadzić wydanie główne Wiadomości. Przygotuj mi coś. Tylko żebym znów nie rozpłakała się na antenie”- powiedziała jak zwykle głosem, który nie znosi sprzeciwu.
Prawdę mówiąc, chciałem się mignąć. O potwornościach WTC powiedziałem już wszystko. Byłem wypalony, jak szkielety wież. Coś we mnie pękło, nie potrafiłem o tym mówić bez łamania głosu, bez przywracania koszmaru tamtego wieczoru, kiedy wraz z dziennikarką NBC wsiadłem do środka policyjnego vana i 12 godzin po upadku wież znalazłem się w Rejonie Zero. Było cicho i biało jakby spadł śnieg. WTC było wysoką na 7 pięter masą Czegoś. Kiedy ustawiono światła HMI dające nimal światło dzienne, spoglądały na mnie czarne czeluście powybijanych okien World Financial Center. Myślałem wtedy, że w gruzach leży ze 20 tysięcy ludzi. Fakt, że się myliłem nie pomaga mi dziś w niczym.
Westchnąłem i złapałem za kamerę. Kiedy kręcę sam, kamera jest mną. Obiektyw jest moja duszą. Przycisk Record , staje się moim piórem. Może to brzmi kiczowato, ale tak jest. Wiedziałem, że jeżeli mogę coś jeszcze powiedzieć, będzie to esej. Będzie to wypowiedź osobista. Będą to ja i tylko tak ma to jeszcze sens. Powiem jak nowojorczyk, a nie jak reporter. Jak Człowiek: do siebie, do środka, a nie na zewnątrz, dla innych.
Producentka podała mi, że za godzinę otworzyć mają wystawę w Muzeum Policji. Poszedłem tam. Rodziny 23 policjantów, którzy zginęli, przekazali to, co po ich bliskich zostało. Niewiele tego było. Nie tak miało to wyglądać. Wśliznąłem się do Hall of The Fallen Heros – Aleji Poległych Bohaterów – miejsca poświęconego policjantom, którzy zginęli na służbie. 23 policjantów tragedii WTC ma tam swoje zdjęcia. Pamiętam, że sfilmowałem każde z nich ale akurat przyszła pani kustosz przeganiając mnie, że raz, tu się nie kręci, dwa, już musi zamykać. Nie wiedziałem, że niechcący w pośpiechu zrobiłem coś, co w dziennikarskim żargonie telewizyjnym nazywa się tzw. double click- podwójne kliknięcie: nacisnąłem przycisk Record, dwa razy. W efekcie nie zarejestrowałem nic. Żadnego zdjęcia. Żadnej uśmiechniętej twarzy nieświadomej jeszcze swego losu. Ale kiedy przeglądałem w studiu ten materiał dostrzegłem, że zostało jedno, jedyne przesunięcie kamery po tych ludziach. Za szybkie, by było czytelne, z wyjątkiem jednej, jedynej twarzy. Zatrzymałem ten kadr i zrobiłem stop-klatkę. Nieco skośnie i nie w centrum ale zdjęcie zostało. Oficer Suarez. Jedna twarz z 23, które chciałem utrwalić w moim obiektywie.
Pamiętam, że byłem trochę zły na siebie. Zwykle, jak coś zepsułem, nie wypisywałem sobie czeku przez miesiąc. Byłem zły, bo inne twarze były, ja wiem: bardziej „amerykańskie’” jakoś lepiej, uważałem, nadawałyby się do przedstawienia bohaterstwa policjantów tamtego dnia, ale co zrobić. Z ekranu komputera utrwalony na cyfrowym dysku spoglądał na mnie tylko oficer Suarez. Lekko uśmiechnięty człowiek w średnim wieku, latynoskiej proweniencji. Nie spektakularny. No macho. Zwykły człowiek ubrany w mundur, po którym nie pozostał żaden, najmniejszy nawet ślad.
Dopiero wiele dni poźniej, słuchając jak zwykle szmeru telewizora i wykonując tysiące „innych, ważnych rzeczy”, raptem podniosłem głowę.
Materiał NBC przedstawiał historię kobiety cudem wyprowadzonej z miejsca, gdzie w wieże wbił się samolot. Kobieta nie znała nazwiska swego zbawcy. Płakała. Mówiła, że to był duch, który ją objął i zakrwawioną wyprowadził z kaźni, która się odbywała dokoła. Nim zdołała mu podziękować pobiegł z powrotem, po schodach, po innych. Nie wrócił.
Telewizja pokazała zdjęcie, które uchwyciło ten moment w oku czyjegoś obiektywu. Obsypany popiołem człowiek w policyjnym mundurze prowadzący uwieszoną na jego ramieniu zakrwawioną kobietę.
Znałem tę twarz. Tym człowiekiem był oficer Suarez. Zwykły człowiek, ubrany w mundur, po którym nie pozostał ślad, a który przypadkiem, zatrzymał się w kadrze mojej kamery.
ZOBACZ FILM – WTC ESEJ
Mariusz Max Kolonko
Nowy York
Z książki Odkrywanie Ameryki
Share on FacebookTopics: TRAGEDIA WTC | 1 Comment »
KIM JEST BARACK HUSSEIN OBAMA II?
By Max Kolonko | June 2, 2011
„Ameryka zamknie więzienie w Guantanamo”, obiecywał Obama tłumom wiwatującym na jego cześć, podczas swej pierwszej wizyty w Europie. Dwa lata później więzienie ciągle istnieje.
„Zakończę wojnę w Iraku w 2009 roku”, obiecywał Obama Amerykanom w przedwyborczej debacie. Jest rok 2011. Wojska nie wróciły.
Ale tłumy lubią zgrabne jednozdaniówki i składają dłonie do poklasku, a poklask i aprobatę amerykański prezydent lubi najbardziej. Obama chce być lubiany. Chce być cool. Wrzucać piłkę do kosza z sześciu metrów bez pudła. Jak rok temu; bejsbolówka i rundka golfa. Co z tego, że w tym czasie Polska żegnała swego prezydenta?
Dobra fota z Lechem Wałęsą, jakiś uścisk pojednania polskich polityków ze mną w tle, takie rzeczy…Polacy chcą wizy? O rany,znowu? A gdyby..gdyby tak podpiąć te ich wizy pod reformę imigracyjną, którą będę u nas przepychać? Ale ich naród ubogi, nie przechodzą przez bramkę statusu majątkowego w konsulatach, panie prezydencie. Poza tym jak Polacy obejdą przepis, to dlaczego nie Bułgarzy czy Rumunii… Ale wstawić pod projekt reformy można. Wpuszczamy i sprawdzamy ilu zostaje. Republikanie zatrzymają to w Kongresie i będzie na nich. I jeszcze dorzucić jakieś samoloty albo rakiety bez głowic, tak by Rosji nie drażnić, a polscy politycy nie wyglądali źle, jak dwa lata temu, kiedy dowiadywali się o rezygnacji z tarczy rakietowej z ekranów telewizorów…
Nic nowego. Ameryka traktowała Polskę nonszlancko od czasów Pułaskiego, który żalił się w listach do Kongresu w 1779 roku, że ten „paradował go przed sądem jak przestępcę”, bo nie dodawały sie rachunki za stworzenie pierwszej kawalerii tego kraju. Ale tej historii Ameryki Obama nie zna, a Polacy nie pamietają.
FIKOŁKI SPIDER-MANA
Obama potrafi jednak być wrażliwy. Przez pierwsze cztery miesiące urzędowania Prezydent największej potęgi tego świata przepraszał dziesięć razy. W Strasburgu przepraszał Europę za „amerykańską arogancję”, Francuzów za Guantanamo, Turków za torturowanie więźniów, muzułmanów za amerykański kolonializm. Tych ostatnich przeprosił w pierwszym telewizyjnym wywiadzie swej prezydentury, którego nie udzielił telewizji rodzimej, a arabskiej stacji Al Arabiya.
Swiat po raz pierwszy oglądał też nieprotokolarnie głębokie pokłony amerykańskiego prezydenta przed cesarzem Japonii i królem Arabii Saudyjskiej. Za to największemu sprzymierzeńcy Ameryki, brytyjczykom, Obama zwrócił popiersie Churchilla, symbol transatlantyckiej solidarności Europy i Ameryki wywołując dyplomatyczną konsternację. Ze co? Ze Churchill w 1952 roku złamał rebelię Kenijczyków przeciwko brytyjskim kolonialnym rządom wrzucając dziadka Obamy, Hussein Onyango Obama do więzienia? E, tam…
Przez trzy ostatnie lata amerykański prezydent, niczym Spider-Man, odstawiał przed islamskim światem fikołki i…nic. Przeciwnie; ankiety Pew Research Forum pokazują dramatyczny spadek aprobaty muzułmanów dla Obamy. W Egipcie do 17 %, Pakistanie az do 8%. Obama przegrał wojnę o muzułmańskie serca.
ANTYKOLONIALNY BZIK
Istnieje problem z definiowaniem światopoglądu Baracka Obamy. Zdaje sie w nim tkwić jakiś mały bzik, któremu amerykański prezydent ulega, w efekcie telegrafując po drutach najpotężniejszego państwa świata sprzeczne sygnały. Niektórzy nazywają ten bzik Obamy antykolonializmem; Ameryka musi paść na kolana przed światem za zbudowanie swej potęgi na wyzysku kolonialnym minionej epoki. Dlatego w polityce wewnętrzej Obamy bogaci przedsiębiorcy są OUT – masy ludów łączone w związki zawodowe są IN. Dlatego w polityce zagranicznej Obamy cele ideologiczne biorą górę nad interesem politycznym. Gdy zaś te dwa wektory wchodzą ze sobą w kolizję, Obama mówi jedno, jego doradcy drugie i Ameryka się miota.
Tak było na początku roku, kiedy świat oglądał zamieszki, które wybuchły w Egipice. Ameryka milczała, a jej prezydent trzymał, jak jego poprzednicy, z dyktatorem. Po dziewięciu dniach ciszy Obama oświadczył, że Mubarak musi odejść. Po protestach Arabii Saudyjskiej i Izaela, Obama stwierdził, że Mubarak może jednak pozostać. Dopiero kiedy armia egipska wywiozła Mubraka na lufach czołgów, prezydent Obama uznał egipski przewrót za część „arabskiej wiosny”, mimo że tego samego wieczoru, kiedy wiosenne tłumy Egiptu skandowaly radośnie Allah jest wielki!, setka muzułmanów przez pół godziny gwałciła na Placu Tahrir w Kairze reporterkę CBS
Laurę Logan krzycząc Zyd! Zyd!
Politycznym rezultatem „egipskiej wiosny” jest nawiązanie stosunków dyplomatycznych tego kraju z Iranem i powstanie nazistowskiej parti Egiptu, o czym właśnie doniosła egipska prasa. Od czasu „wiosny” w Egipcie pierwszy raz od 30 lat Iran może przesuwać okręty wojenne przez kanał Sueski, a Izrael notuje niepokojący przepływ broni i sympatyków Hamas do strefy Gazy.
PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI
Jak Bush w Afganistanie, tak Obama w Libii poderwał amerykańskie bombowce do ataku wspierającego rebeliantów. O ile afgańska wojna Busha była z punktu widzenia interesów politycznych odpowiedzią na atak 9/11, wojna Obamy w Libii takich celów obronnych nie ma. „Snajperzy Kadafiego zaatakowali cywilów szukających pomocy medycznej” – wtórowała decyzji prezydenta sekretarz Stanu Hillary Clinton. I co z tego? Dlaczego świat arabski nie wyśle do Trypolisu swoich wojsk, by rozwiązać problemy na swoim podwórku?
Czy Obama 2011 stał się Bushem roku 2001? Czy Ameryka musi podrywać F 16 za każdym razem, kiedy reżimy tego świata popełniają zbrodnie? Dlaczego Ameryka wiąże się w konflikt zbrojny nie będąc atakowana? Wszak Libia od czasów wysadzenia samolotu nad Lockerbie przed 23. laty nie zaatakowała ani Europy, ani Ameryki. Czy nie obowiązuje już artykuł 5 konwencji NATO? Dlaczego Obama wprowadził Amerykę w kolejną wojnę nie pytając Kongresu o zdanie? Co jeśli Kadafi utrzyma władzę? Co z milionami muzułmańskich uchodźców zalewających teraz Europę? Dlaczego liberalne media z takim pietyzmem pokazują „dzielnych muzułmańskich rebeliantów” wiwatujących Allahu Akbar za każdym razem, kiedy rakieta Tomahawk za milion dolarów wysupłanych w podatkach od farmerów z Ohio rozbija Toyotę żołnierzy Kadafiego? Dlaczego Obama, laureat pokojowej nagrody Nobla, w ciągu trzech lat zbombardował sześć niezależnych państw? I dlaczego Ameryka Obamy miast stabilizować świat wprowadza w tym świecie chaos?
ROSYJSKA GRA
Jesienią 2009 roku zaniepokojenie Rosji instalacją komponentów tarczy rakietowej USA w Polsce i Czechach sięgnęło zenitu. Narodowa Agencja Bezpieczeństwa przykładała ucha sieci tajnego wywiadu Echelon do drzwi Rosji. Rosja zagroziła sprzedażą do Iranu systemu antyrakietowego S-300. System pozwoliłby Ahmadinadżadowi na obronę nuklearnych reaktorów w Natanz przed atakiem Izraela, który groził chirurgicznym atakiem na irańskie instalacje tak, jak to zrobił w Syrii w 2007 r. Obama się ugiął, zrezygnował z tarczy poświęcając swego strategicznego partnera, Polskę, dla Rosji.
Tymczasem Medwiediew wycofał się z dealu z Iranem na system S-300 dopiero rok później, w wyniku czerwcowej rezolucji Narodów Zjednoczonych. Polska ofiara była przedwczesna i niepotrzebna. Iran zaś, dwa miesiące po wypowiedzi Miedwiediewa oświadczył, że posiada klona systemu S-300. Zbudował go „sam”. Ameryka zero. Rosja jeden.
W 2010 roku Obama i Medwiediew podpisują nowy pakt rozbrojeniowy START. Rosja zdołała umieścić w jego preambule klauzulę łączącą potencjały nuklearne obu krajów z budową tarczy rakietowej USA. Ameryka zero. Rosja dwa.
Rosja widząc słabe przywództwo Ameryki prze dalej. W miniony czwartek na szczycie Osemki we Francji Medwiediew informuje Obamę, że Rosja chce już równoprawnego uczestnictwa w systemie obronnym NATO czyli dostępu do tzw. Czerwonego Przycisku. Innymi słowy to rosyjscy generałowie w sztabie NATO będą decydować czy Europa ma się bronić, czy nie. 39 kongresmenów pod przewodnictwem senatora Marka Kirka pisze do Obamy list żądając pisemnych gwarancji, że Obama nie odda Rosji tajnych technologii Ameryki. „Rosja chce osiągnąć porozumieniami to czego nie może osiągnąć szpiegostwem, powiedział Kirk. Rosja trzy. Ameryka, zero.
UTRACENI SPRZYMIERZENCY
Na Bliskim Wschodzie świat islamski chce się dorwać do broni nuklearnej za wszelką cenę. Wystarczy posłuchać przemówien kleryków w meczetach w Syrii, Palestynie, Iranie czy Europie, by zrozumieć, że kiedy tak się stanie, fundamentaliści islamscy nie bedą obwiązywać się wokół pasa semtexem i wbijać samoloty w symbole zachodu. Będą wymazywać całe państwa z powierzchni ziemi.
Jedyny sojusznik Zachodu w rejonie trzymający bezpośrednio rękę na tych zapędach, bo godzących w egzystencję tego kraju, to Izrael. Ale antykolonialny bzik Obamy się kręci…
Palestyna ma prawo istnieć i Izrael ma prawo istnieć w granicach sprzed 1967 roku, powiedział Obama przed wizytą do Europy. Raptem Ameryka trzyma z Palestyną. Co z tego, że terroryści Hamas są w palestyńskim rządzie. Wymieńcie się terytoriami, panowie…
Kiedy w Irlandii Obama pił kufel piwa z rodakami po pra-kądzieli, agencja IAEA drukowała wstrząsający raport o rozbudowie irańskiego programu nuklearnego o dodatkowe 8,800 wirówek. Premier Izraela, Netanjahu wystąpil przed Kongresem z dramatycznym apelem o pomoc mniej więcej w tym czasie, kiedy Obama grał z Premierem Cameronem w ping-ponga (ten cudowny backhand!).
Ameryka nie jest już strażnikiem pokoju na świecie. Jej sprzymierzeńcy są osamotnieni i zdezorientowani. Przeciwnicy wykorzystują słabość jej lidera. Swiat arabski przypomina rozkręconą karuzelę z której powoli odpadają śruby. Barack Hussein Obama II wskoczył na jej kolorowego konika i w poklaskach tłumów i ukłonach przeprosin wypuścił cugle z ręki.
Mariusz Max Kolonko
Publikacja w Rzeczpospolitej w dn. 2 czerwca 2011.
Share on FacebookTopics: BARACK OBAMA, KOLONKO W RZECZPOSPOLITEJ, POLITYKA ZAGRANICZNA USA, TARCZA RAKIETOWA | No Comments »
ECHELON – w sieci globalnego podsłuchu
By Max Kolonko | May 20, 2011
Mogą słuchać każdej rozmowy telefonicznej, przeglądać każdy fax, czytać każdy e- mail i rejestrować strony internetowe, ktore przeglądasz na domowym komputerze. Siatka globalnej sieci podsłuchowej Echelon, do której należą USA, Wielka Brytania, Kanada, Australia i Nowa Zelandia, obejmuje swoim zasięgiem cały nasz świat.
W 2001 roku sieć podsłuchu Echelon była przedmiotem dochodzenia Unii Europejskiej, zaś w ostatnich latach, przedmiotem rozlicznych dyskusji organizacji zajmujacych się ochroną praw obywatelskich. Choć istnienia sieci Echelon nikt w Białym Domu oficjalnie nie potwierdza, istnieją jednak dowody na to, że Globalne Ucho istnieje i słucha. Sieć Echelon namierzała kilkakrotnie telefon satelitarny Osamy Bin Ladena w trakcie operacji Tora Bora zmuszając przywódcę Al – Kaidy do przejścia na tradycyjne systemy łącznosci, jak kurierzy. To właśnie osobisty kurier Bin Ladena przyjął połączenie telefoniczne które pozwoliło zlokalizować miejsce jego pobytu, prowadząc następnie do ogrodzonej murem kryjówki Bin Ladena.
Eksperci śledzący działania Agencji Bezpieczeństwa Narodowego USA są zdania, że umieszczenie anten satelitarnych radarów w Czechach w ramach tarczy rakietowej, miało przyłożyć ucho sieci Echelon do dźwiękoszczelnych gabinetów rosyjskich oligarchów.
Akta Księżnej Diany
Bip… Bip… telefon komórkowy w torebce Księżnej Diany przerwał jej wizytę humanitarną w Bośni. Prywatna rozmowa z członkiem rodziny królewskiej przebywającym w Waszyngtonie, dotyczyła zapomnianych pól minowych okaleczających 2 lata po zakończonej w 1995 roku wojnie, dziesiątki niewinnych ludzi. Głos Księżnej w telefonie poszybował 23,300 mil w powietrze, by nad równikiem odbić się od jednego z 53 satelitów Intelsatu. Stamtąd poleciał w dół do stacji zbiorczej kompani telefonicznej AT&T w Etam w Zachodniej Virginii.
5o mil od tego miejsca w pobliżu Sugar Grove, (obok) w zalesionej dolinie otoczej wzgórzami, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) ustawiła rząd parabolicznych anten radarowych do słuchania każdego sygnału, który trafia do pobliskich anten AT&T z nieba.
Z rozmowy Księżnej Diany filtry superkomuterów sieci Echelon wychwyciły słowa „bomby” i „miny”, rejestrując całą, prywatną rozmowę. Numer telefonu satelitarnego Księżnej automatycznie trafił do rejestru telefonów inwigilowanych przez NSA przez następnych 6 miesięcy nagrywając jej rozmowy aż do dnia jej tragicznej śmierci. Urząd NSA mimo wielu zabiegów amerykańskich dziennikarzy powołujących się na Ustawę o Wolności Informacji (Freedom of Information Act) dotąd nie ujawnił treści tych rozmów, cytując prawo do ochrony tajemnicy państwowej. W 1998 r.- rok po tragicznej śmierci Księżnej Diany, urząd powiadomił jedynie, że Księżna nie była przedmiotem bezpośredniego podsłuchu dodając jednak, że akta z rozmów z Księżną Dianą liczą, bagatela, 1056 stron.
Trzy lata później sprawą tajnego systemu podsłuchowego Echelon zajął się Parlament Europejski. Tymczasowy Komitet d/s Systemu Przechwytującego Echelon w specjalnym raporcie do Parlamentu sugeruje, że Echelon jest i był w przeszłości wykorzystywany do szpiegostwa ekonomicznego, faworyzującego firmy krajów członkowskich (USA, Wielka Brytania, Kanada, Australia i Nowa Zelandia).
W przedstawionym parlamentowi w 2001 roku raporcie, Komitet stwierdza, że Agencja Bezpieczeństwa USA, dzięki sieci Echelon, rutynowo przegląda „całą pocztę e-mail, faxy i rozmowy telefoniczne na terytorium Europy”. Raport rekomendował, by kraje członkowskie UE używały oprogramowania dokonującego enkrypcji elektronicznej poczty. Komitet ostrzegł także Parlament, że podobny globalny system podsłuchowy jest dziś w stanie stworzyć Francja i Rosja dodając, że „uczestnictwo w takim systemie któregoś z państw członkowskich Europejskiej Wspólnoty (obecnej Unii Europejskiej) w celu innym niż bezpieczenstwo państwa, byłoby pogwałceniem praw wspólnoty.”
Jak działa Echelon
W ub. roku cała ludzkość świata rozmawiała przez telefon w połączeniach międzynarodowych łącznie ponad 180 milardów minut. Jak zauważył w 2002 roku General Michael Hayden, (dyrektor NSA w latach 1999-2005 i późniejszy szef CIA), w latach 90. ludzie zaczęli częściej komunikować się elektronicznie, niż pisać listy. W całej dekadzie lat 90. wykorzystanie telefonii komórkowej wzrosło prawie 50. krotnie, z 16 do 741 milionów użytkowników. Liczba użytkowników internetu wzrosła w tym czasie 90. krotnie: z 4 milionów do ponad 361 milionów.
System Echelon, którego zręby stworzono w 1948 roku do przechwytywania komunikacji dyplomatycznej Związku Sowieckiego i krajów Bloku Wschodniego, objął elektroniczną rewolucję lat 90. Wielko-Braterskim uściskiem. Inwigilację umożliwiał fakt, że w latach 90. większość międzynarodowych rozmów telefonicznych odbywała się poprzez ucha 53 satelitów komunikacyjnych sieci Intelsat rozpiętych nad równikiem.
Międzynarodowe połączenia telefoniczne wychodzące z Europy i Bliskiego Wschodu odbijają się od satelity i trafiają do zbiorczej anteny kompani telefonicznej AT&T w Etam (Zachodnia Virginia) na wschodnim wybrzeżu USA i stamtąd są rozslyłane po całej Ameryce.
Z kolei na zachodnim wybrzeżu Ameryki w pobliżu Brewster, na ponad 50 hektarach urwiska nad rzeką Okanogan w stanie Waszyngton, znajduje się mrowisko 30. metrowej średnicy anten satelitarnych należących do kompani Verestar Inc.. To tam trafiają po odbiciu od satelity rozmowy telefoniczne przychodzące do Ameryki z Azji i rejonu Pacyfiku.
110 mil na południe od tego miejsca, w bazie wojskowej Yakima, NSA zbudowała sieć anten satelitarnych do słuchania tego, co otrzymują z nieba anteny w Brewster. Podobnie, na wschodnim wybrzeżu, w Sugar Grove, NSA ustawiła m.in. trzy 46. metrowe anteny satelitarne do słuchania rozmów przychodzących do pobliskiej stacji AT&T w Etam. W ten sposób NSA przykłada uszy do wszystkich rozmów telefonicznych jakie trafiają do USA.
Na podobnej zasadzie Europy słucha dziś 30 gigantycznych anten stacji RAF w Menwith Hill w pobliżu Harrogate w północnej Anglii (z amerykańską obsługą), refon Pacyfiku obsługuje stacja w Waihopai w Nowej Zelandii. Zaś do 30. metrowych w średnicy anten satelitarnych stacji Pine Gap w sercu Australii, współobsługiwanej przez amerykańskie Siły Powietrzne USAF, trafia komunikacja wychodząca z Azji.
Każda ze stacji sieci podsłuchowej Echelon wyposażona jest w oprogramowanie, które rozpoznaje znaczenie wypowiadanych w telefonicznej rozmowie słów, zaś odpowiednio nastawione filtry pozwalają na wyłapywanie z milionów rozmów tych, których temat interesuje Agencje Bezpieczeństwa USA.
Podsłuch na dnie oceanu
Od czasu zastosowania światłowodów w telekomunikacji większość rozmów telefonicznych obiega świat tą właśnie drogą. Kable światłowodów ułożone na dnach oceanów łączą dziś wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktyki. Te, których operatorami są obce państwa i których końcówki nie wychodzą na ląd będący terytorium USA, są rutynowo podsłuchiwane metodą indukcji elektromagnetycznej przy pomocy specjalistycznych łodzi podwodnych jak USS Jimmy Carter,( photo) zdolnych zainstalować urządzenie podsłuchowe wielkości wojskowego pontonu przyssane do podwodnego kabla.
Metodę ujawił w 1981 roku incydent na Morzu Ochotskim, gdzie od 1971 roku przez 10 lat NSA podsłuchiwało komunikację sowieckiej Floty Pacyfiku przy pomocy 6. metrowego „ucha” przyssanego do kabla biegnącego po dnie morza wzdłuż Wysp Kurylskich.
Urządzenie, zainstalowane tam przez specjalnie przerobioną amerykańską łódź podwodną USS Halibut, wymagało zmiany baterii co 4 tygodnie i wymiany taśmy z nagraniem.
Informacje zebrane w ten sposób trafiały po światłowodach do centrali NSA w Fort Meade w stanie Maryland, pilnie strzeżonego wewnętrznym oddziałem policji, czarnego monolitu budynku w pobliżu zjazdu z drogi 295 zarezerwowanego, jak informuja tablice, ”tylko dla pracowników NSA”.
NSA – agencja której nie ma
Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA – National Security Agency) stworzona za prezydenta Trumana w okresie zimnej wojny, ma zbierać i przetwarzać informacje pochodzące ze źródeł obcych państw w przeciwieństwie do FBI, którego działalność dotyczy terytorium USA. Nazywana „No Such Agency” (nie ma takiej agencji), NSA jest ojcem chrzestnym sieci Echelon, ktora startowała jako Operacja Koniczyna (Operation Shamrock).
Zasiana po zakończeniu II wojny światowej (przed powstaniem NSA), Koniczyna rosła aż do 1975 roku i wraz z programem Minaret zajmowała się zbieraniem informacji wobec podejrzanych dyplomatów, biznesmenów, działaczy społecznych (także na terenie USA), pozyskując do współpracy kompanie telefoniczne Western Union i ITT.
W 1972 roku skandal związany z wykryciem podsłuchu w apartamentach Watergate doprowadził do powstania tzw. Komisji Church’a (Senatora demokratów z Idaho), która wzięła pod lupę metody stosowane przez siatki wywiadowcze CIA i FBI, m.in. w ramach programu o kryptopnimie Koperta.
„Koperta” jest metodą stosowaną w inwigilacji polegającą na sczytywaniu z kopert adresów nadawcy i odbiorcy osób podejrzanych bez ich otwierania, a więc bez naruszania zapisów konstytucyjnych. Obecnie „Koperta” obejmuje także gromadzenie baz danych DNA – materiału genetycznego podejrzanych obywateli poprzez analizę śliny zostawionej zwykle pod przyklejonym znaczkiem oraz wykorzystanie specjalnego aerozolu, który czyni kopertę przeźroczystą przez ok. 30 sekund, pozwalając sczytać zawartość bez otwierania poczty i co za tym idzie, bez łamania prawa.
Otóż Komisja Churcha ustaliła m.in., że agenci CIA przebrani za pracowników poczty w ramach „Koperty” przeczytali po nocach 215 tysięcy listów mozolnie otwierając i ponownie zaklejając każdy z nich.
Wyniki dochodzenia Komisji ścięły „Koniczynę”. Ale na jej miejsce Agencja Bepieczeństwa Narodowego zasiała coś bardziej wytrawnego, coś co wykorzystało nowy, rodzący sie dopiero fenomen współczesnego świata: internet.
Polak, który wymyślił internet
Internetu nie wymyślił Al Gore ani także tuzin programistów przypisujących sobie dziś tę zasługę. Ojcem koncepcji internetu jest w istocie amerykański naukowiec, syn polskich imigrantów z Grodna, Paul (Paweł) Baran.
Paul Baran (obok) rozpoczął pracę w korporacji RAND , na dziesięć lat przed pierwszym, publicznym testem sieci ARPANET w 1969 roku, powszechnie uważanej za zalążek internetu. W tym czasie agenci CIA głowili się jak wyeliminować na Kubie Fidela Castro w Operacji Mongoose włączając, wg. raportu Komisji Church’a, wykorzystanie mafii do zabójstwa tego przywódcy przy użyciu cygara napakowanego dynamitem, zaś Prezydent Kennedy trzymał gorącą linię z dowódcą centrum obrony USA – NORAD gotów odpalić nuklearne głowice.
Kryzys Kubański i konsekwencje ew. wymiany nuklearnej spowodowały, że Pentagon skierował do naukowców propozycję nie do odrzucenia: lukratywny kontrakt w zamian za stworzenie sieci komunikacyjnej zdolnej zachować amerykańskim siłom zbrojnym operacyjność w razie nuklearnego kontrataku Sowietów.
Kontrakt wygrała korporacja RAND, a Paul Baran nie mógł odtąd spać po nocy. Fascynowało go, że ludzki mózg jest w stanie regenerować swe funkcje poprzez ominięcie uszkodzonego nerwu. Innymi słowy Baran zauważył, że mózg ludzki nie funkcjonuje jak ówczesne systemy obronne z jednym centrum przekazywania informacji, a pajęczyną sieci rozpiętych w całym systemie. W ten sposób eliminacja centrum nie eliminowała systemu.
Rozwijając tą myśl, Baran zaproponował, by zabezpieczać całość informacji przesyłanej z centrum dowodzenia poprzez przesyłanie jej „blokami” (Donald Davies niezależnie od Barana, proponował przyjęty później termin: pakiety), czyli słowami, które jak w szpiegowskim systemie kryptografii układały się w zdania tworzące sens dopiero u odbiorcy.
Inymi słowy Baran proponował, by telegram przesyłała nam nie jedna poczta, a kilka. W ten sposób list, podarty w przesyłce : „rozpoczynamy…za pięć”, dotarł do nas w strzępach z innej poczty: ”bombardowanie…minut”, tworząc przed nami jedną, mającą sens, całość: „Rozpoczynamy bombardowanie za pięć minut.” Tak w 1965 r. powstała tzw. Eksperymentalna Sieć, która zaowocowała udanym połączeniem trzech komputerów łączących wschodnie i zachodnie wybrzeże USA.
Pentagon tak polubił koncepcję Barana, że przez całą następną dekadę finansował prace nad Eksperymentalną Siecią prowadzone przez wojskową Agencję d/s Zaawansowanych Projektów Badawczych (zwaną potem DARPA). Dziecko zrodzone z koncepcji obrony przed globalną zagładą nazywało się już ARPANET i tak, jak marzył Paul Baran, powoli rozwijało swój elektroniczny mózg: od 9 komputerów w sieci w 1970 roku, po 57 w 1975 roku.
Wtedy Departament Obrony upomniał się o swoje dziecko. W 1975 roku Pentagon przejął ARPANET tworząc wojskową sieć DARPANET – wewnętrzną sieć informacyjną łączącą także komputery brytyjskich i amerykańskich siatek wywiadowczych, włączając systemy mailowe i komputery Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.
Odpowiedzią naukowców na to przejęcie władzy była kontynuacja otwartej sieci wymiany informacji – ARPANETU dla celów edukacyjnych. W 1991 roku tzw. Ustawa Gore’a ostatecznie otworzyła sieć dla potrzeb komercyjnego wykorzystania doprowadzając do eksplozji zjawiska internetu.
Ale zachłanna matka imieniem DARPA, nie zapomniała o swoim dziecku, które wymknęło się spod jej kontroli. Od chwili narodzin internetu Agencja Narodowego Bezpieczeństwa rozpięła nad zbuntowanym bliźniakiem koncepcji Paula Barana pajęczynę „opieki” o nazwie Echelon w której matni jesteśmy do dziś.
Internet – elektroniczne Eldorado NSA
Podglądanie komunikacji biegnącej poprzez internet odbywa się podobnie do inwigilacji komunikacji satelitarnej. Sieci światłowodów, którymi biegną informacje między komputerami, trafiają do zbiorczych łącznic (tzw. switches) z których największe rozlokowane są w kilku punktach świata. W Ameryce, do której trafia jedna trzecia wszystkich połączeń internetu, wschodnie wybrzeże obsługuje łącznica MAE East (Metropolitan Area Ethernet) z siedzibą w Vienna w zach. Virginnii i MAE West w San Jose Californii, obie należące do kompanii Verizon.
Verizon i AT&T, to dwie największe kompanie telekomunikacyjne w Ameryce i jedne z największych na świecie obsługujące łacznie niemal pół miliarda abonentów.
Dla NSA informacje biegnące po światłowodach tych sieci są tym, czym były banki dla Butcha Cassidy i potrzeba było niewiele czasu, by NSA podpięła do tych łącznic internetowych swoje wszędobylskie „ucho”.
Tajemnica pokoju 641A
W San Francisco, pod numerem 611 przy ulicy Folsom, mieści sie regionalna centrala kompani telekomunikacyjnej AT&T. Na 8. piętrze budynku znajduje się główny nerw systemu, łącznica światłowodów łączaca miliony komputerów z całego świata.
W 2002 roku w budynku przy ulicy Folsom pojawił się tajemniczy pan z bardzo tajemniczej agencji: NSA. Interesowało go małe pomieszczenie dwa piętra poniżej centralnej łącznicy: pokoj 641A. Wkrótce pokoj ten otrzymał szyfrowany zamek, zaś pracownicy AT&T instrukcję, że wstęp do pokoju mają tylko osoby z przepustkami Agencji Bezpieczeństwa.
Jeden z techników AT&T, Mark Klein (ponizej) zauważył wkrótce, że kable światłowodów wychodzące z pokoju 641A były popdpięte do routerów łącznicy, rozszczepiając część światła ze światłowodów centralnej łącznicy i monitorując w ten sposób trafiającą tam komunikację. „Dowiedziałem się, że podobne urządzenia były także zainstalowane przez NSA w naszych łącznicach w Seattle, San Jose, Los Angeles i San Diego”- zeznawał w 2006 roku w sądzie w procesie wytoczonym kompani ATT przez organizacje ochrony praw obywatelskich.
Obecność agenta NSA w kompani telekomunikacyjnej była efektem tajnego porozumienia między NSA, a głównymi kompaniami telekomunikacyjnymi USA, na podstawie którego NSA otrzymała dostęp do gigantycznych baz danych włączajac bazy danych firmy AT&T: Aurora i Hawkeye, uważane za jedne z największych na świecie.
Baza danych Hawkeye zawiera dane każdego połączenia telefonicznego sieci AT&T od 2001 roku włączając m.in. czas, długość i miejsce rozmowy adresata i odbiorcy. Aurora zawiera dane m.in. wszystkich połączen internetowych, adresów IP realizowanych poprzez sieć AT&T i sieci łączących z AT&T od 2003 r. Tylko w 2004 roku sieć AT&T każdego dnia obsługiwała ponad 300 milionów rozmów telefonicznych z całego swiata i gromadziła ponad 4 tys. terabajtów danych (ok. 200 razy zawartość wszystkich książek Biblioteki Kongresu USA!). Innymi słowy każde twoje kliknięcie otwierające strony w internecie zostawia w tych bazach ślad, po którym jak po odciskach palców, Agencja Bezpieczeństwa USA może śledzić twoje ruchy: zainteresowania, potrzeby i zamiary.
Szpiegujemy, „bo smarujecie”
W/g raportu BBC, siec Echelon może dziś przeglądać 90% całego ruchu internetowego świata, monitorować rozmowy telefoniczne przez linie naziemne i komórkowe, czytać faksy, monitorować połączenia satelitarne, a także śledzić historie twoich kliknięć w komputerowych przeglądarkach.
Inwigilację umożliwia, jak się przypuszcza, Rozkaz Wykonawczy Prezydenta Busha wydany po atakach terorystycznych 11 IX 2001 i obowiazujący do dziś. Jedyną, ujawioną częścią tego rozkazu, jest Program Podsłuchu Terrorystów (Terrorist Surveillance Program) zezwalający NSA na przechwytywanie komunikacji dotyczącej Al Kaidy bez zezwoleń sądu (FISC) .
Telefon Osamy bin Ladena był skutecznie lokalizowany przez radary Echelon za każdym razem gdy był uruchomiony, mimo użycia skomplikowanych blokad. Podobnie, w okresie wojny z Irakiem, w miejsce skąd wyszedł sygnał GPS z telefonu Saddama Husseina, leciała 2-tonowa bomba za każdym razem, gdy następowało łączenie. Echelon umożliwił m.in. także schwytanie dwóch Libijczyków odpowiedzialnych za eksplozję bomby na pokładzie lotu nr 103 samolotu Panam i skutecznie wyłapywał terrorystów ukrywających się w różnych częściach świata. Ale dekret Busha zwalczający terroryzm zezwala pośrednio sieci Echelon także na szpiegostwo przemysłowe, przy którym James Bond z kamerą ukrytą w długopisie wygląda jak wóz drabiniasty toczący się po autostradzie.
Raport Europejskiego Parlamentu stwierdza, że Echelon pomógł dwukrotnie amerykańskim kompaniom w uzyskaniu przewagi w przetargach z firmami europejskimi. Były szef CIA, James Woolsey (obok) potwierdził to: Szpiegowaliśmy was bo „smarujecie” – napisał w Wall Street Journal. Przekupstwo stosowane przez europejskie firmy miało być zatem argumentem do ochrony interesów handlowych USA.
Główny konkurent amerykańskiego Boeinga, europejski Airbus, stracił wart $6 miliardów kontrakt na produkcję samolotów dla Arabii Saudyjskiej po tym jak NSA ujawniło próby przekupstwa saudyjczyków. Na podobnej zasadzie francuski Thomson-CSF stracił, na rzecz amerykańskiego Raytheon, kontrakt wart $1.6 mld. W latach 80.w sieci Echelon złapały się nawet rozmowy Marka Thathera, syna b. Premier Wielkiej Brytanii, negocjujacego kontrakt zbrojeniowy z saudyjczykami.
Podsłuch ukryty w tarczy
Czeski radar, który miał być częścią tarczy rakietowej USA byłby w istocie, podobnie jak stacja Menwith Hill w Wielkiej Brytanii będąca pod nadzorem NSA, zgrupowaniem parabolicznych anten satelitarnych ukrytych w wielkich kopułach tzw. radomów. Ochronna kopuła radomu zbudowana z włókna szklanego jest wododporna i służy ochronie anteny przed deszczem, lodowaceniem powierzchni i wiatrem. Ale konstrukcja radomów nie pozwala jednocześnie obserwatorowi z zewnątrz na określenie, w która stronę jest wycelowana antena radaru znajdującego się w środku kopuły.
W ten sposób z zewnątrz nie można żadną miarą określić czy antena radaru celuje w niebo nad Iranem, skąd mają nadlecieć rakiety wroga, czy też celuje w satelity telekomunikacyjne rosyjskich sieci wywiadowczych i telekomunikacyjnych, przechwytując całą informacyjną żyłę złota uchodzącą dotąd sieci Echelon: rozmowy telefoniczne rosyjskich oligarchów, video-konferencje biznesmenów i narady polityków używających rosyjskich sieci satelitarnych do łączenia się na ogromnych połaciach Rosji.
Z tezą taką zgadza się jeden z największych ekspertów d/s systemów podsłuchowych Jim Atkinson, którego firma Granite Island Group zabezpiecza przed podsłuchem rządy wielu państw: Ustawienie komponentów tarczy rakietowej w Polsce i radaru w Czechach – twierdzi Atkinson – miało być także rozszerzeniem wpływu amerykańskiej agencji bezpieki i przyłożeniem ucha sieci Echelon do drzwi Rosji.
Echelon widzi przez ściany
Stany Zjednoczone utrzymują dziś dominację militarną, ekonomiczną i polityczną nad światem, Hegemonię umożliwia absolutna kontrola oceanów przez marynarkę wojenną USA przesuwająca swe lotniskowce – z punktu widzenia prawa międzynarodowego: pływające terytoria Stanów Zjednoczonych po wodach całego świata oraz łodzie podwodne US NAVY kontrolujace m.in. strategiczne korytarze tranzytowe wokół Islandii.
Drugim wehikułem umożliwiającym hegemonię USA jest dominacja w przestrzeni kosmicznej, którą gwarantują nowowczesne technologie: tarcza rakietowa, ponaddzwiekowe samoloty i rakiety serii X programu Prompt Global Strike zdolnych uderzyć w jakiekolwiek miejsce na ziemi w mniej niż 60 minut oraz satelity zwiadowcze.
Trzecim elementem amerykańskiej dominacji nad światem jest ECHELON.
Prezydent Obama podpisał w końcu października 2009 największy wojskowy budżet w historii – $680 mld, (2010 Defense Authorization Act). Jest to więcej niż łączne wydatki na zbrojenia całego współczesnego świata, więcej, niż budżety USA w okresie zimnej wojny i spirali zbrojeniowej nakręcanej przez Reagana, której nie wytrzymał Związek Sowiecki i której, być może teraz – nie wytrzyma Rosja.
Część tych pieniędzy (ok. $50 bln) ukryta w tajnych „czarnych” przedsięwzięciach NSA, tzw. Black Ops Projects zasili Echelon, system, który zapewnia wszystkim elementom amerykańskiej dominacji nad światem cichy parasol opieki. Najnowszą zabawką tego systemu jest konstrukcja „elektro-optycznych” satelitów zwiadowczych nowej generacji, zdolnych przechwytywać informacje telefonii komórkowej, radiowej i satelitarnej, fotografować obiekty o średnicy kilku centymetrów oraz satelitarnie prześwietlać wnętrza obiektów na ziemi i bunkrów ukrytych pod ziemią.
Echelon to wcale nie nie jest już Wielki Brat śledzący każdy nasz ruch. Echelon to cichy pan w drogim garniturze, który po prostu Wie.
Mariusz Max Kolonko
Nowy York
Powyższy tekst jest pełną wersją publikacji w Magazynie Dziennik Gazeta Prawna w dn. 20 maja 2011 r. Redakcja nie opatrzyła tekstu nazwiskiem jej autora – Mariusza Maxa Kolonko, załaczając jedynie link na niniejsze strony. MMK skierował w tej sprawie skargę do Rady Etyki Mediow ktora czeka na rozpatrzenie. CZYTAJ.
Media 2000Communications 2011 all rights reserved
Share on FacebookTopics: ARTYKUŁY OCENZUROWANE, BARACK OBAMA, PODSŁUCHY, POLITYKA ZAGRANICZNA USA, SIEC ECHELON, TAJEMNICE I ZAGADKI, TARCZA RAKIETOWA | No Comments »
Polska i Rosja bez porozumienia w sprawie raportu o przyczynach katastrofy polskiego Air Force One – Max Kolonko w The Huffington Post
By Max Kolonko | February 1, 2011
The Huffington Post: Rząd polski zapowiedział opublikowanie własnego, niezależnego raportu w sprawie przyczyn katastrofy samolotu prezydenckiego na terytorium Rosji w którym w kwietniu ub. r. zginął prezydent Polski, jego małżonka, 8 członków załogi i 86 członków rządowej delegacji.
Polska ogłosiła swoje stanowisko po tym, jak 12 stycznia, Rosja opublikowala końcowy raport powypadkowy nie załączajac do niego 148 stron uwag strony polskiej. Zdaniem niektórych polskich ekspertów jest to pogwałcenie konwencji ICAO na podstawie którego Rosja prowadziła to to postępowanie .
Według postanowień rozdziału 6 ustęp 3 załącznika numer 13 tej konwencji „jeśli Państwo prowadzące dochodzenie otrzyma w ciągu 60 dni uwagi do końcowego raportu, państwo prowadzące dochodzenie powinno albo zmodyfikować raport wstępny, by uwzględnić istotę uwag, które otrzymało, bądz – jeśli tak chce państwo zgłaszające uwagi do raportu – załączyć te uwagi w swoim końcowym raporcie.”
Strona polska dostarczyła Komitetowi Lotniczemu Państw b. Federacji Rosyjskiej (MAK) uwagi do końcowego raportu 16 grudnia – dwa dni przed upływem 60.dniowego terminu.
Szef Komisji Technicznej MAK Aleksiej Morozow odparł, że w koncowym raporcie nie uwzględniono polskich uwag, gdyż nie miały one charakteru technicznego (ok. 25 uwag uwzgledniono). Morozov powiedział, że uwagi strony polskiej dotyczyły głównie kwestii winy i odpowiedzialności kontrolerów lotniska, zaś tymi sprawami zająć się ma rosyjska prokuratura prowadząca dochodzenie kryminalne.
Nie uważam, żeby MAK pogwałcił przepisy ICAO – mówi Kpt. John Cox wieloletni pilot lotnictwa cywilnego i konsultant d/s awiacji. MAK, na którego jurysdykcji doszło do wypadku ma prawo właczyc lub wyłączyć polskie uwagi z raportu. Reprezentant organu akredytowanego nie ma „prawa” narzucać uwag do zaakceptowania – uważa Cox.
W swoich uwagach do raportu strona polska wskazuje m.in. że lotnisko w Smoleńsku nie miało należytego zaplecza technicznego do przyjęcia samolotu prezydenckiego, oraz że obsługa wieży kontroli lotów naprowadzała polski samolot według źle skalibrowanego radaru, który ich zdaniem pokazywał błędne dane. W efekcie kontrola lotów wprowadziła pilotów w błąd informując, że są „na kursie i ścieźce” podczas gdy byli „nie na kursie i nie na ścieżce schodzenia”. Polacy wskazują także, że Rosja nie wydała nagrania wideo z pracy radaru na wieży bo twierdzi, że „zacięła się taśma w magnetowidzie”.
Utrata taśmy wideo jest niefortunna ale nie ma wpływu na dochodzenie w sprawie wypadku- uważa Cox. Różnica w kalibracji radaru również nie miała znaczącego wpływu na wypadek, a z pewnością nie była jego przyczyną. Zanotowane przez czarne skrzynki tempo schodzenia 8 metrów na sekundę (1488 stop na minutę) jest znaczaco wyższe od normalnego (700 stop na minutę przyjmuje się jako standard). Tempo schodzenia powyżej 1000 stóp na minutę, uważa się za niestabilne i wymaga odejścia od lądowania – dodaje Cox.
Rosyjski raport obwiniający pilotów polskiego Air Force One za katastrofę samolotu prezydenta Polski pojawil się niemal równo miesiąc po tym, jak rozmrożenie w stosunkach między Polska i Rosja osiagnęło apogeum: Prezydent Rosji Dmitry Medvedev przybył w grudniu do Warszawy obiecując obiektywne śledztwo w sprawie katastrofy. Dwa dni później Prezydent Polski , Bronislaw Komorowski, poparł w Waszyngtonie rosyjskie starania o ratyfikację przez Kongres USA traktatu START, do którego preambuły Rosja wprowadziła bezprecendesową klauzulę wiążącą budowę amerykańskiej tarczy rakietowej z rokowaniami START.
Rosyjski raport powypadkowy skłócił polską scenę polityczną chwiejąc w ankietach pozycją polskiego premiera i dzieląc Polaków bardziej, niż sama tagedia, którą raport bada.
Polski Premier Donald Tusk oberwał za to, że w dniu ogłoszenia raportu jeździł na nartach we Włoszech. Nad Wisłą jako złosliwość zaś odebrano ujawnienie przez MAK informacji, że obecny w kokpicie jako pasażer generał awiacji, Andrzej Błasik, miał mieć we krwi 0.06 alkoholu.
Uwagę podchwyciły zagraniczne media: Liczba poważnych błędow popełnianych przez pilotów znacznie wzrasta już przy (lub ponad) poziomie 0.04 promila- niżej niż poziom alkoholu we krwi Blasika – głosił raport Associated Press. Polskie media zauwazyły, ze generał nie siedział za sterami i miał zero-kropka-zero wpływu na pilota.
Polacy obawiaja sie ze przesłanie z rosyjskiego raportu poszło w świat i szkodzi imagowi Polski : winni byli polscy piloci, a załoga byla pijana.
Szef opozycyjnej partii Jaroslaw Kaczynski, (brat bliźniak zmarłego tragicznie prezydenta Lecha Kaczynskiego) nazwał raport „żartem z Polski”. Premier Tusk wrócił z nart, by w sejmie stanąć twarzą w twarz ze skłóconym parlamentem i publicznością która z galerii wyzywała go od „zdrajców”. Ankiety wykazują, że notowania liberalnej partii Donalda Tuska ,Platfromy Obywatelskiej, dramatycznie siadły, zaś konserwatywnego PIS – konkurencyjnej parti Kaczyńskiego – wzrosły.
Grupa polityków partii Kaczyńskiego wcześniej sygnalizowała problemy w gromadzeniu danych z wypadku u rosyjskich ekspertów usiłując zwrócić uwagę miedzynarodwej opinii publicznej na spodziewany przez nich, jednostronny wynik rosyjskiego śledztwa.
W listopadzie była minister spraw zagranicznych Anna Fotyga i poseł PiS Antoni Macierewicz spotkali się w USA z republikańskim kongresmanem Peterem Kingiem, kongresmenką Kalifornii Dana Rohrabacher i Ileaną Ros-Lehtinen, przewodniczacą Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów przedstawiając im 330 tys. podpisów w sprawie powołania międzynarodowej komisji d. s. wypadku.
W ub. tygodniu Michal Kamiński, przewodniczacy frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, piątej największej frakcji w parlamencie europejskim, indagował o interwencję przewodniczącego Komisji Europejskiej, Jose Manuel Barroso, nie uzyskując poparcia. Nie ma podstaw do interwencji KE, ponieważ zdaniem KE lot PLF101 miał charakter wojskowy i rząd polski nie poprosil o taką interwencję – odparł Barroso.
Również rzecznik ICAO odrzuca możliwość interwencji tej instytucji w sprawie PLF 101 gdyz ICAO uważa feralny lot polskiego prezydenta za wojskowy, rządowy, a nie lot cywilny a badaniem jedynie cywilnych wypadków ICAO się zajmuje.
Nie jest jasne na jakiej podstawie Rosja podjęła śledztwo opierając się na konwencji lotnictwa cywilnego ICAO.
Do czasu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi na to pytanie ze strony Tatiany Anodiny, przewodniczącej MAK.
“Moim zdaniem użycie Załącznika 13 ICAO jest właściwą metodą badania tego wypadku. Jest to uznany na całym świecie standard nastawiony na pozyskiwanie obiektywnych faktów w celu zapobiegania wypadkom lotniczym” – twierdzi John Cox.
Czy ta sama procedura byłaby zastosowana wobec amerykańskiego Air Force One?
“Z punktu widzenia prawa, choć amerykański Air Force One jest samolotem wojskowym, jeśli znajdzie się poza przestrzenią powietrzną Stanów Zjednoczonych, podlega przepisom ICAO, twierdzi Pułk. Robert „Buzz” Patterson, były wojskowy asystant Prezydenta Billa Clintona, odpowiedzialny za bezpieczeństwo tzw. „Piłki”, walizki z kodami nuklarnymi USA.
“Nie wyobrażam sobie jednak, że USA zezwoliłoby rosyjskim władzom położyc ręce na czarnych skrzynkach, na wraku samolotu czy na systemach komputerowych na jego pokładzie. Nasze wojsko znalazłyby się bardzo szybko na miejscu wypadku by odzyskać wszystko co znajdowałoby się we wnętrzu wraku samolotu”- dodaje Patterson.
Rzecznik departamentu Stanu USA Philip Crowley wyraził nadzieję, że publikacja rosyjskiego raportu w sprawie wypadku nie wpłynie na stan stosunków polsko-rosyjskich.
Według polskiej stacji informacyjnej TVN24, aż 63% Polaków uważa, że stosunki Polski z Rosją w najbliższym czasie pogorszą się.
Polski rząd zaproponował 250 tys. zł. ( mniej niż $100,000) rekompensat dla kazdej z rodzin ofiar tej tragedii. Kompensacja, ktora mec. Bartosz Kownacki reprezentujący sześć rodzin ofiar katastrofy określił jako „cover up”.
Przeciętne wynagrodzenie w lotnictwie cywilnym dla 2,198 ofiar katastrof lotniczych między 1970, a 1984 wynosiło $363, 000. Srednio: $32 miliony za każdy wypadek, według Rand Corp.
Max Kolonko – The Huffington Post
The Huffington Post jest największym dziennikiem opniotwórczym w Ameryce. www.TheHuffingtonPost.com
Share on FacebookTopics: KATASTROFA W SMOLENSKU, KOLONKO W THE HUFFINGTON POST | 1 Comment »
« Previous Entries










